godzina 02:16
Ulica Chempton Street nie powitała nas przyjaznym widokiem. Wysokie i obskurne kamienice górowały nad nami, a zniszczone uliczne lampy wyglądały jakby miały się nagle rozpaść. Wyraźnie czułam odór stęchlizny choć znajdowałam się na świeżym powietrzu. Mimowolnie przesunęłam się bliżej Chestera.
— Musimy tędy iść? — szepnęłam nerwowo.
Chłopak obejrzał się przez ramię i zmarszczył brwi, po czym zwrócił się w moim kierunku.
— Tak — Wziął mnie za rękę i uśmiechnął się pokrzepiająco. — Nie bój się, nic nam się nie stanie.
Miałam taką nadzieję. Poza tym czułam się niczym duch, idąc przez opustoszałą drogę.
Końcem Chempton Street była mała uliczka mieszcząca się pomiędzy dwoma budynkami. Za nią znajdowała się Holmert Street, na której mieściły się głównie zakłady oraz fabryki.
— Przed nami kolejna ulica — westchnęłam i nagle zachłysnęłam się powietrzem.
Byliśmy już w połowie uliczki, kiedy nagle drogę zagrodziła nam dwójka mężczyzn. Oboje wyglądali jakby całe dnie spędzali na siłowni. W półmroku nie widziałam zbytnio ich twarzy, ale mogłam przysiąść, że byli bliźniakami. Ubrani byli w ciemne koszulki i w takim samym odcieniu spodnie. Oboje na jednym z muskularnych ramion mieli zawiązaną chustę.
Za nami rozległ się ciężki stukot butów. Obejrzałam się z coraz bardziej narastającym strachem.
W wejściu do uliczki pojawił się kolejny mężczyzna. Od tyłu oświetlały go latarnie Chempton Street, tworząc wokół niego jasną aurę. Podobnie jak bliźniacy miał na sobie ciemne ubrania. Mój wzrok powiódł na jego ramiona, które były całe zasłonięte tatuażami.
Owy jegomość zauważył, że mu się przyglądam. Rzucił mi chłodne spojrzenie, po czym skierował swój wzrok na Chestera.
Chester w porównaniu do mnie nie był przestraszony. Wydawał się raczej zaskoczony. Z mojego punktu widzenia było to dość dziwne. Zagradzają nam drogę troje dziwnych osiłków spod ciemnej gwiazdy, a on stoi niewzruszony?
Chwiejnym krokiem odsunęłam się bokiem pod ścianę, mając na oku bliźniaków oraz wytatuowanego.
Mężczyznę i mojego przyjaciela dzieliło parę metrów. Jakby na zawołanie, Chester się odwrócił. Na jego twarzy zauważyłam całkowite opanowanie i nawet... rozbawienie?
— Długo nas nie odwiedzałeś. — Niski głos dotarł do moich uszu.
Chester skrzyżował ramiona na piersi. Przez ramię spostrzegł jak bliźniacy podchodzą bliżej jego.
— Jakoś ostatnio nie miałem czasu.
Czułam pewien niepokój. W co się wplątał Chester, że zna się z tymi typami? Nic mi nie mówił, że zaprzyjaźnił się z nowymi osobami. Chociaż, patrząc na minę mężczyzny nie był przyjaźnie nastawiony w stosunku do Mendesa. Bardziej przypominał mi jakiegoś bandytę lub gangstera. Miał ostre rysy twarzy, wręcz kanciate, przez co wyglądał sto razy mroczniej.
— Jesteś nam dłużny duże pieniądze — warknął nieznajomy.
Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Czułam jak serce coraz mocniej się kołacze w piersi. Spojrzałam z przestrachem na chłopaka, który nadal stał niewzruszony. Natomiast ja byłam zdenerwowana za nas dwóch.
— Wiecie, że nie jestem teraz przy kasie... — zaczął Chester, ale mężczyzna mu ostro przerwał.
— Harrison się już niecierpliwi. — Znów jego głos obił mi się o uszy. — I wiesz co? Stracił już cierpliwość. — Wyciągnął zza paska spodni pistolet, który wymierzył w głowę Mendesa.
Na widok broni wydałam z siebie cichy pisk, a wszyscy nagle się na mnie popatrzyli.
Chester westchnął i oznajmił wskazując na mnie:
— Zabierzcie mnie do Harrisona, ale ją zostawcie. Nie jest wam potrzebna.
Na twarz mężczyzny wpłynął uśmiech, który nie wróżył nic dobrego.
— Wręcz przeciwnie, bardzo nam się przyda — wymruczał. — A dla ciebie już nie ma żadnych szans. Mam polecenie i zamierzam je wypełnić.
Poczułam jak czas zwalnia. Widziałam jak mężczyzna powoli zgina palec na spuście. Wtedy tylko jedno przyszło mi na myśl. Uratuj Chestera. Oderwałam się od ściany i rzuciłam się na bandytę. Naparłam na niego całym swoim ciałem.
Mężczyzna nie spodziewał się ataku z mojej strony. Zachybotał się niebezpieczne i upadliśmy na brudną powierzchnię uliczki. Jednak podczas tego upadku pociągnął za spust.
Kula z hukiem wyleciała z lufy pistoletu. Płynęła wręcz w powietrzu w stronę mojego przyjaciela. Zatapiając się w ciele, Chester wydał z siebie głośny wrzask i upadł bezsilnie.
Kątem oka widziałam jak bliźniacy ruszają w naszym kierunku.
Podniosłam się szybko, po czym ruszyłam ku ciału Chestera. Jednak zostałam szybko oderwana od ziemi i brutalnie przyszpilona do ściany.
— Co ty sobie wyobrażałaś popychając mnie?! — wrzasnął wytatuowany, zaciskając palce na mojej szyi.
Złapałam się dłoni mężczyzny próbując, aczkolwiek bezskutecznie, poluzować uścisk. Z trudem łapałam kolejne hausty tlenu.
— No mów! — Kolejny raz jego ryk przeszył nocne powietrze.
— Nie będzie mówić skoro ją dusisz, Loic — zauważył inteligentnie jeden z bliźniaków. Stali oni przy nieruchomym ciale Chestera i obserwowali czujnie sytuację.
Owy Loic posłał jemu nienawistne spojrzenie. Jednak chłopak nie przestraszył się wzroku towarzysza. Wydawał się przyzwyczajony do takich reakcji.
— Calvin, przestań pierdolić — syknął, rozluźniając nieco uścisk na moim gardle.
Wzięłam głęboki haust powietrza, ciesząc się tą krótką chwilą.
— Puść ją. Ona jest nie groźna — rozkazał drugi z bliźniaków.
— Do cholery, Caleb! Co w was wstąpiło? — warknął wyraźnie rozzłoszczony ich zachowaniem.
Oboje w tym samym czasie niedbale wzruszyli ramionami.
Poczułam jak Loic puszcza moją szyję. Niczym marionetka spadłam na ziemię. Masowałam obolałe gardło, kiedy mężczyzna zapytał się mnie tonem ociekającym lodowatą wściekłością:
— Jak się nazywasz?
Nadal stał nade mną i do tego świdrował intensywnym wzrokiem.
— Riley Pa-pa-ige - wydusiłam z trudem.
Calvin i Caleb spojrzeli na siebie zaskoczeni.
— Zaraz, zaraz... — odezwał się Caleb. — Czy twoja matka nazywa się Sara?
Zlustrowałam go nieprzytomnym wzrokiem. Caleb różnił się od brata dwoma rzeczami. Był odrobinkę niższy oraz miał dziwną szramę na brodzie.
— Tak — odparłam nieco zaskoczona. — Skąd ją znacie?
— Twoja matka kupuje od nas prochy — warknął Loic — Od już kilku miesięcy.
Czułam jak żołądek przewraca się na drugą stronę. To nie mogła być prawda. Owszem, mama znikała wieczorami, a potem zaszywała się w swoim pokoju. Nie wydawało mi się to dziwne. Aż do czasu. Raz nie wstała do pracy. Kiedy do niej przyszłam, zobaczyłam ją na wpół nieprzytomną. Nie ruszała się i ciężko oddychała. Co wtedy by mogła zrobić zwykła nastolatka? Oczywiście, że zadzwonić na pogotowie. Jednak kiedy, cała spanikowana, wybierałam numer awaryjny, moja matka otworzyła szeroko oczy. Chwyciła mnie za rękę i wycharczała:
— Nigdzie nie dzwoń.
— Ale ty nie ruszałaś się i wyglądałaś jak... jak... jakbyś nie żyła — wyjąkałam przestraszona.
— Nic mi nie jest — odparła, pomiędzy głębokimi haustami powietrza — Idź do szkoły.
Te słowa zapamiętałam na długo. Później nie wypytywałam matkę co się konkretnie stało. I tak mieliśmy już wcześniej napięte relacje. Nie chciałam swoją ciekawością popsuć jeszcze gorzej naszych kontaktów.
Próbowałam bezskutecznie o tym zapomnieć. Mama nadal wychodziła wieczorami, a ja nawet nie próbowałam dociec co się z nią wtedy dzieje. Owszem, myślałam o narkotykach. Jednak szybko wyparłam tą myśl. To musi być coś innego. Kiedy usłyszałam ostre słowa Loica, moje przypuszczenia stały się prawdą. Moja matka bierze prochy.
— Nie, nie, nie, nie... — Nie dopuszczałam tego na myśl.
— Co nie wiedziałaś o tym? — zaszydził Loic — Matka ci nic nie mówiła? Nie zauważyłaś, że ciągle chodzi naćpana?
— Przestań tak mówić! — krzyknęłam.
Miałam dość. To wszystko co dzisiaj się dowiedziałam było powyżej moich sił. Moja mama ćpała. Nawet mój przyjaciel! Czułam się oszukana przez bliskie osoby.
— Powiem wszystko policji o was! Zraniliście Chestera i handlujecie narkotykami! — Próbowałam się podnieść, jednak nie udało mi się.
Dostałam za to pięścią w twarz od Loica. Zabolało jak cholera.
— Nigdzie nie pójdziesz — wysyczał mężczyzna biorąc mnie za fraki i stawiając na nogi — Calvin, zajmij się nią!
Nie byłam w stanie się przeciwstawić. Bolało mnie całe ciało, a umysł był zaprzątnięty myślami o mamie oraz Chesterze.
Poczułam nagłe uderzenie w tył głowy. Wszystko zalała nieprzenikniona ciemność.
Obudziłam się w momencie, kiedy któryś z bliźniaków niósł mnie na rękach. Byłam zbyt otumaniona i zmęczona, aby go zidentyfikować. Do tego strasznie bolał mnie tył głowy. Najwyraźniej po uderzeniu.
Powoli rozejrzałam się wokoło.
Znajdowaliśmy się w przestronnej sali. Nie było tu żadnych okien. Z sufity wisiały gołe żarówki dające znikome źródło światła na całe pomieszczenie. Po jednej stronie ściany znajdowały się dwoje drzwi, a po drugiej leżały porozrzucane kartonowe pudła. Za nimi świeciła goła ściana.
Loic, który szedł przed nami, ominął pierwsze przejście i skręcił do drugiego. Otworzył demonstracyjnie drzwi, uprzednio pukając.
— Harrisonie — zaczął mówić swoim głębokim, a zarazem niskim głosem. — Musisz kogoś osądzić.
Weszliśmy do pomieszczenia. Bliźniak postawił mnie na nogi, a sam odsunął wraz z bratem w kąt. Loic natomiast opadł na fotelu stojący na drugim krańcu pokoju.
Stałam w prowizorycznym gabinecie. Na środku stało biurko z laptopem i stertą papierów. Boki ścian były puste. Żadnych szafek. No i w jednym kącie stał fotel, który teraz okupował Loic. I tu także nigdzie nie zauważyłam okien. Zastanawiałam się gdzie my byliśmy? Pod ziemią?
Natomiast biurkiem siedział starszy już mężczyzna. Wyglądał mi na czterdziestolatka. Z wyglądu typowy mąż i ojciec. Miał krótko obcięte brązowe włosy, a jego para niebieskich oczu przyglądała mi się z zaciekawieniem.
— O co chodzi, Loic? — zapytał się mężczyzny siedzącego na fotelu.
— Postrzeliłem Mendesa jak kazałeś, ale ten chłopczyk nie był sam. Był z nią. — Wskazał na mnie — A ona chce donieść na nas na policje. Niestety nie mogłem zrobić tego co chciałem zrobić, bo cholerny kodeks zabrania.
Ostatnie słowa wymówił z wyczuwalnym jadem, jakby nienawidził tego całego kodeksu. Jednak cieszyłam się, że Loic w żaden sposób mnie nie skrzywdził. Oczywiście, pomijając przyszpilenie do ściany i wrzeszczenie wniebogłosy. Wciąż nie byłam pewna kto mnie walnął w głowę, ale to musiał być jeden z bliźniaków. Nie miałam im tego za złe. Byli o niebo milsi w porównaniu do Loica.
Owy Harrison pokiwał w zamyśleniu głową.
— Jak się nazywasz? — spokojnie zadał mi pytanie.
— Riley Paige — wydukałam wciąż zdezorientowana całą sytuacją.
Podniósł w wyrazie zdziwienia brew. Biło od niego opanowanie i spokój, które było wręcz namacalne.
— Córka Sary Paige?
Westchnęłam znużona. Dotąd nie myślałam o mamie, lecz kiedy Harrison zapytał się o nią, wszystko powróciło z podwójną siłą.
— Tak, wiem, że kupuje od was narkotyki — wymamrotałam pod nosem.
Czułam się w tamtej chwili niezwykle słabo. Ledwo co stałam na nogach, a głowa wydawała się dziesięciokilogramową kulą.
— Nie o to chodzi. Chłopcy, możecie wyjść i zostawić nas samych? — poprosił łagodnie.
Zmarszczyłam czoło. O co biega?
Bandyta, tak po swojemu nazwałam Loica, wstał z niedowierzaniem z siedziska.
— Co?! Żadnych umów i zastraszeń?!
— Po prostu wyjdź — westchnął zniecierpliwiony jego zachowaniem Harrison. — I nie czekajcie na nas. Pójdźcie już do mieszkań.
Mężczyzna wyszedł gwałtownie zamykając drzwi. Calvin z Calebem już wcześniej wyszli, ale o wiele mniej efektownie.
— Riley, jestem Harrison Rosenthal i najprawdopodobniej nie wiesz kim jestem — zaczął dość niepewnie, jakby stąpał po cienkim lodzie. — Znam twoją mamę już od bardzo dawna i łączyły mnie z nią bliskie kontakty.
— Skąd ją znasz? — zapytałam mimowolnie zaciekawiona słowami mężczyzny.
— Poznaliśmy się w liceum. — Uśmiechnął się pod nosem. — To były dobre czasy. Teraz wiele się zmieniło i... to już jest kompletnie coś innego.
— Czyli teraz już się nie... przyjaźnicie?
Mężczyzna rzucił okiem na zegarek założony na jego nadgarstku, jakby gdzieś się śpieszył.
— Utrzymujemy kontakt. Znaczy, nie taki dobry jak wcześniej.
— No to jak się z nią przyjaźniłeś to czemu pozwoliłeś jej zacząć z narkotykami? — zapytałam oskarżycielsko.
— To nie było takie łatwe jak ci się wydaje. Sara już od dawna miała do czynienia z używkami. Wiedziałem, że przyjdzie taki czas, kiedy zacznie od nowa zażywać.
— Od czego to się zaczęło? No wiesz, jaki miała powód, żeby wziąć pierwszy raz narkotyki?
Harrison westchnął i rozciągnął się na fotelu. Widać, że i on jest również zmęczony.
— To po części przeze mnie — odparł. — Sara nic ci nie opowiadała o swojej młodości?
Przymknęłam oczy. Zachciało mi się płakać. Czemu moja mama jest taka zamknięta w sobie? Dlaczego mnie odtrąca?
— Nie dogadujemy się zbyt dobrze — wyszeptałam ze smutkiem. — W domu zachowujemy się jak... jak odległe współlokatorki, a nie jak rodzina. Naprawdę mnie to boli. Nie zwraca na mnie uwagi, a ja naprawdę się staram być jak najlepszą córką.
Łzy stanęły mi w oczach, kiedy przypomniałam sobie jak matka zachowuje do mnie dystans. Żadnego uśmiechu. Żadnego miłego słowa. Najgorsze było w tym to, że była taka od zawsze. Kiedy byłam mała pamiętam, że była dla mnie oschła, jakbym była niechcianym dzieckiem. Nie pomagała w pracach domowych, nie chodziła ma wywiadówki, nie przywoziła ani nie odwoziła ze szkoły. Od dzieciństwa żyłam sama.
— Rozumiem cię. To nie jest twoja wina, że Sara tak się zachowuje. Po prostu ona sama nie radzi ze swoimi prywatnymi sprawami — odparł ze współczuciem. — A ojciec co z nim?
Uśmiechnęłam się gorzko.
— Mama powiedziała mi, że odszedł kiedy się urodziłam. W życiu nie widziałam go ani razu. Nawet nie wiem jak się nazywa.
Mężczyzna w zrozumieniu pokiwał głową.
— Bo wiesz Riley, właśnie dążę do powiedzenia ci kto jest twoim ojcem — odchrząknął. — I właśnie w tym momencie patrzysz na tego nieodpowiedzialnego nastolatka, który uciekł od Sary, kiedy ta zaszła w ciążę.
Najpierw nie mogłam uwierzyć. To było nie do pomyślenia, że całkowicie przypadkiem spotkam własnego ojca, którego nie widziałam od osiemnastu lat. Mój umysł nie dopuszczał takiej możliwości.
Zachwiałam się na nogach. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo byłam zmęczona. Głowa zaczęła pulsować jeszcze gorszym bólem. Oparłam się o ścianę i osunęłam się na podłogę.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć Harrisonowi, pfu, tacie.
— Wiem, że to dla ciebie szok, Riley — oznajmił łagodnie, spoglądając na mnie nieco z góry.
— Szok? Czy ty wiesz co ja teraz czuję? — odparłam słabo. — Czemu nie wróciłeś do nas? Do mnie?
— Kiedy się urodziłaś spanikowałem. Ani ja, ani Sara nie byliśmy gotowi na rodzicielstwo. Jednak Sara chciała dać radę. Była wtedy silna, lecz z czasem jej zapał przeszedł, a ja odszedłem od was. I wtedy zaczęła się jej przygoda z używkami. Nie wyrabiała z obowiązkami i nawet nie miała do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc. Została sama z tobą na głowie. Nadal żałuję, że wtedy wam nie pomogłem. Byłem taki samolubny. Do tego wplątałem się w sprawy ulicznej szajki. Po paru latach chciałem do was wrócić, ale moja praca na to nie pozwalała, a Sara mnie nienawidziła — na chwilę spauzował, zastanawiając nad swoimi słowami. — To był trudny czas dla wszystkich — podsumował.
Siedziałam tak, chłonąc każde słowo Harrisona. Nie sądziłam, że moja mama miała takie ciężkie życie. Bolała mnie świadomość, że byłam nieplanowanym i niechcianym dzieckiem.
Nagle Rosenthal wstał z fotela, przybierając na twarz maskę spokoju oraz opanowania. Wiedziałam, że samo wspominanie dawnych czasów dla Harrisona jest niezwykle bolesne.
— Odwiozę cię do domu. Przyda ci się odpoczynek.
Do domu wróciłam dopiero po trzeciej nad ranem. Od razu cicho przemknęłam do swojego pokoju. Zdjęłam ubranie, które rzuciłam niedbale na podłogę i wsunęłam się pod kołdrę.
Nie mogłam spać. Chociaż nie dziwię się czemu. Po nagłej napaści i spotkaniu z zaginionym ojcem miałam spokojnie usnąć? To było niemożliwe.
Przed oczami nadal miałam sceny z dzisiejszej nocy. Kiedy Chester padł na ziemię, kiedy Loic mnie dusił, kiedy dowiedziałam się, że mam ojca.
Chester... Ciekawe gdzie on teraz jest. Czy nadal leży w tej ciemnej uliczce? A może ktoś go znalazł i wezwał pogotowie? Czułam się źle jak nigdy dotąd, że zostawiłam go tam samego. Powinnam tam wrócić, ale biorąc pod uwagę mój stan fizyczny oraz psychiczny, nie dałabym rady nawet wstać z łóżka.
Dosięgnęłam ręką do telefonu leżącego na szafce nocnej. Chociaż do niego spróbuję zadzwonić. Wybrałam jego numer, po czym z niecierpliwieniem czekałam aż odbierze. Jak mogłam się spodziewać, nikt nie odebrał. Z frustracją odłożyłam komórkę.
Leżałam tak nieruchomo wbijając wzrok w sufit, kiedy przypomniałam sobie o wizytówce, którą mi dał Harrison, kiedy wysiadałam. Prosił, abym do niego zadzwoniła, kiedy będę chciała się spotkać.
Z trudem podniosłam się z łóżka. Poszperałam trochę w kieszonkach moich spodni. Na szczęście znalazłam karteczkę.
Podeszłam pod okno, próbując odczytać treść wizytówki.
Firma ochroniarska "SafeGo"
ulica East Street 27 Filadelfia
główny dyrektor Harrison Rosenthal
Twoje bezpieczeństwo jest naszym sukcesem
numer kontaktowy: 321 654 987
A więc miał firmę ochroniarską... Był dyrektorem, więc czemu powiedział, że praca mu nie pozwalała do nas wrócić? To nie trzymało się kupy. Nie chciałam o tym rozmyślać, bo i tak ledwo co się poruszałam.
Zgięłam karteczkę na pół i odłożyłam na stolik. Jutro rankiem do niego zadzwonię. Kolejny raz położyłam się na łóżku z próbą zaśnięcia.
Finalnie udało mi się usnąć. Jednak wciąż dręczył mnie niepokój i strach o Chestera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz