8/27/2017

Rozdział 2. Bliźniacy Shelby

Brutalnie wyrwał mnie ze snu przeraźliwy jazgot, którym się okazał mój budzik. Jęknęłam na widok godziny. Wpół do siódmej. Cholera jasna, muszę wstać do szkoły.
Próbując ignorować ból całego ciała, wyczłapałam się z łóżka i skierowałam się do łazienki.
Wspomnienia z minionej nocy pamiętałam jak przez mgłę. Loic postrzelił Chestera, a ja później rozmawiałam z Harrisonem, moim tatą odnalezionym po latach. Potem wydostałam się windą z podziemi. Kiedy Rosenthal mnie odwoził, najpierw długo jechaliśmy przez gęsty las, a następnie wyjechaliśmy na most Tacony Palmyra. Przez drogę powrotną ani ja, ani Harrison się nie odzywaliśmy. Tylko raz zapytał się gdzie konkretnie mieszkam.
Wzięłam długi prysznic, starannie zmywając z siebie brud. Następnie wysuszyłam włosy oraz umyłam zęby. Chciałam się wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli, ale one co raz wracały do mnie niczym niezwykle natrętne muchy.

 
Spojrzałam w lustro i ze zgrozą zauważyłam na czole nowego pryszcza. Mój policzek zdobiło zaróżowione przetarcie, które starannie przykryłam korektorem. Podobnie zrobiłam z pozostałymi krostkami na twarzy. Mój wzrok opadł na moją szyję. Zauważyłam na niej siniaki wielkości dojrzałej śliwki. Ich nawet nie dało się niczym przykryć.
Westchnęłam tylko i udałam się do pokoju.
Kiedy przebrana zeszłam na dół, na szczęście nie było jeszcze Sary. Na razie nie chciałam z nią gadać po tym, czego się dowiedziałam. Mój żołądek zacisnął się na widok jedzenia w lodówce. Zrobiłam sobie tylko kanapkę i kawę, aby się odrobinę rozbudzić. Konsumując śniadanie, usłyszałam szum odkręcanej wody w prysznicu. Wstała.
Kontrolowałam na swój sposób Sarę od tamtego feralnego dnia, kiedy się zaćpała i nie wstała do pracy.
Mimowolnie mój wzrok powędrował w kierunku zegarka wiszącego nad wejściem do kuchni. Wpół do dziewiątej. Zaraz powinna przyjechać po mnie Catrine. Zwykle to ona mnie podwoziła pod szkołę, gdyż ja nie posiadałam samochodu.
Właśnie dzięki Catrine i jej rodziców przeżyłam jakoś moje dzieciństwo. Państwo Grey opiekowali się mną niczym swoim własnym dzieckiem. Wiedzieli o mojej specyficznej sytuacji rodzinnej. Nie raz przemawiali do rozsądku mojej mamie, lecz ze znikomym skutkiem. Grey zawozili mnie do szkoły i odwozili. Na szczęście mieszkaliśmy na jednym osiedlu. Byłam naprawdę wdzięczna rodzinie Grey za pomoc. Nie wiedziałam jak miałam się im odwdzięczyć.

Z luźnych wspominek wyrwał mnie głośny klakson.
Chwyciłam plecak wypełniony książkami i wyszłam na zewnątrz. Na ulicy przed moim domem lśnił błękitny ford fiesta należący do Catrine.
— Hejka! — przywitałam się z przyjaciółką, zajmując przednie siedzenie.
— Hello... — zaśpiewała w rytm piosenki Adele, która wydobywała się z głośników. — It's me...
Z wrednym uśmiechem na twarzy poklikałam chwilę przy odtwarzaczu i przełączyłam na Fifth Harmony.
— Ej, czemu przełączyłaś? Wiesz jak to trudno ustawić, aby było te „hello" na twoje wejście? — zapytała się wyraźnie oburzona, ruszając autem przez Fairfield Street.
— Jak mi przykro. — Pokazałam jej język i podrygiwałam w rytm "Work from home" — Jak tam się wczoraj pracowało?
— Wczoraj obsługiwałam dziwnego typka. Kojarzysz takiego Japończyka z naszej szkoły? — Nie odrywała wzroku od jezdni.
— No, on chodzi ze mną na historię, Hiro...? lub Hito. — potwierdziłam.
— Jak do niego podeszłam i kulturalnie się zapytałam się, czy coś wybrał z menu to on zaczął gadać po japońsku takim złowrogim tonem, jakbym mu matkę zabiła — opowiadała wyraźnie ożywiona.
Mimowolnie się roześmiałam.
— Pewnie wściekł się na ceny. Macie tam strasznie drogie żarcie — stwierdziłam.
Cat pracuje jako kelnerka w meksykańskim barze o nazwie „Augusto&Elena" na Roosevelt Blvd. Knajpka jest dość popularna, przez co ceny poszły w górę.
— Drogie, ale pyszne. Jak przyjdziesz w weekend to zaserwuje ci taco na koszt firmy. — Mrugnęła znacząco w moim kierunku. — Wiem, że uwielbiasz taco.
— Okej. — Odprężyłam się na fotelu, słuchając piosenki Pink, która aktualnie grała.
— Ej, bo wczoraj byłaś na imprezie z Chesterem, nie? — Wciąż uważnie obserwowała drogę i nie zauważyła mojej nagłej zmiany nastroju, kiedy usłyszałam jej pytanie.
Cała się spięłam. Miałam złe przeczucia, że Cat wiedziała już o Mendesie.
— No byłam, a co? — starałam się jak mogłam zabrzmieć neutralnie.
— Czyli jeszcze nie wiesz, że ktoś napadł na niego? — spytała się wyraźnie zdziwiona.
Miałam dwa wyjścia. Pierwsze: Powiedzieć jej całą prawdę, łącznie z Harrisonem i moją mamą. Drugie: Okłamać ją i grać zaskoczoną wieściami o Chesterze. Miałam wielką ochotę wszystko jej powiedzieć, ale sam fakt, że to mój ojciec kazał skrzywdzić chłopaka przeważył i zdecydowałam się na drugą opcję. Miałam wielką nadzieję, że moje kłamstwo nie wyjdzie na jaw.
— Co?! Oczywiście, że nie! To pewnie się stało jak już wracał do siebie — mój głos zabrzmiał autentycznie zmartwiony.
— Ma wstrząs mózgu i postrzelony bark — oznajmiła dziewczyna. — Jak mama wróciła z dyżuru i mi o tym powiedziała to byłam strasznie zdziwiona. Kto by mógł to zrobić Chesterowi?
Loic, ponuro odpowiedziałam sobie w myślach.
Hannah Grey pracowała jako lekarka w Northeastern Hospital i najwyraźniej była przy tym, jak przywieźli Mendesa.
Cieszyłam się, że ktoś zadzwonił na pogotowie, bo sama nie byłam w stanie tego zrobić.
— Nie mam pojęcia — odparłam, pogrążona we własnych myślach. — Po szkole go odwiedzę.
— Ja dzisiaj mam kółko biologiczne. Przepraszam, ale będziesz musiała jechać autobusem. — Rzuciła mi przepraszające spojrzenie — Zwykle w środy wracałaś z Chesterem.
— Spoko, nie ma problemu. Może zdążę na autobus, a jak nie to po pracy.
— Wiesz, powinnaś kupić sobie samochód. Będziesz wtedy mogła jeździć gdzie tylko chcesz.

Westchnęłam przytłoczona nowym zmartwieniem.
— Zbieram na studia i wciąż mi dużo brakuje.
Pracowałam już od paru dobrych miesięcy w Targecie. Wykładałam towar na półki, czasami byłam kasjerką. Oszczędzałam głównie na collage. Byłam wręcz pewna, że Sara nie zapłaci za mnie studiów, więc się usamodzielniłam.
— Rozumiem. — Pokiwała głową ze smutkiem.
Samochód skręcił na Cottman Ave, a żadna z nas już więcej się nie odzywała.


Wcisnęłam do tylnej kieszeni świstek papieru z zapisanym adresem. Zoey zaprosiła mnie na imprezę. Nie to, że jej nie lubiłam, tylko w piątek wieczorem wolałabym odpocząć niż balować. Nie miałam wyjścia. Catrine już wcześniej potwierdziła swoją obecność i zapewne razem z nią się wybiorę.
Szłam z markotną miną przez całkowicie opustoszały korytarz. Słyszałam w oddali głosy sprzątaczek. Minęło dziesięć minut od zakończenia zajęć, a ja dopiero wychodziłam ze szkoły.
Popchnęłam dwuskrzydłowe drzwi i wyszłam na dziedziniec. Rozejrzałam się wokół, chłonąc ten piękny widok. Po lewej stronie znajdował się mały park ze stolikami na lunch i ławkami umiejscowionymi pod bujnymi drzewami. Teraz wyglądał wręcz cudownie w świetle popołudniowego, marcowego słońca. Po lewej mieścił się parking, na którym stało tylko kilka samochodów. No cóż, mało osób zostaje na kółkach pozalekcyjnych.
Zeszłam luźno po schodach, ciesząc się w duchu rześkim powietrzem. Postanowiłam, że wcześniej pojawię się w pracy. Zwykle miałam na godzinę czwartą po południu, a teraz było dziesięć po trzeciej. Jeśli będę iść spokojnym krokiem to dotrę do Targetu w dwadzieścia minut. Dopiero odwiedzę Chestera po pracy, gdyż nie zdążyłabym teraz autobus.
Szłam po przekątnej przez parking, aby sobie lekko skrócić drogę i nagle niespodziewanie wyrośli przede mną bliźniacy Calvin oraz Caleb.
Oboje ubrani byli w ciemne ciuchy. Było co najmniej dwadzieścia pięć stopni Celsjusza, a oni mieli na sobie obcisłe bluzy, przez które doskonale widziałam ich mięśnie.
— Riley! Jak cię miło widzieć! — zawołał radośnie jeden z nich.
Zmrużyłam groźnie oczy, mierząc ich wzrokiem. A ich tu, po co przywiało?
— Skąd wiecie gdzie się uczę?
Wciąż byłam w stosunku do nich nieufna. Może i byli o niebo milsi od Loic'a, ale potrzebowałam więcej czasu, aby im zaufać.
— Harrison nam powiedział. Nawet sam zaproponował, abyśmy dotrzymywali ci towarzystwa — oznajmił Calvin z błąkającym się uśmiechem na ustach.
— Nie ufam wam. Chcieliście mnie skrzywdzić — prychnęłam. — A poza tym nie potrzebuje nianiek.

Caleb wywrócił oczami.
— To Loic cię dusił, nie my.
Na chwilę straciłam rezon, ale potem stwierdziłam:
— Ale byliście z nim. To jest wystarczające, aby wam nie ufać.
— Robiliśmy tam za jego ochronę. Choć sądzę, że jej nawet nie potrzebuje — bliźniak ponuro mruknął pod nosem.
— Możesz zadzwonić do Harrisona, aby się upewnić — ochoczo zaproponował Calvin. — Nie mamy złych zamiarów.
— Dobra, nieważne. Gdzie wy chcecie dotrzymać mi towarzystwa? — Dałam za wygraną, bo wiedziałam, że bliźniacy nie odpuszczą.
— Możemy razem z tobą odwiedzić twojego przyjaciela.
—Skąd wiecie, że chcę do niego pojechać, co? Poza tym mam pracę — wzięłam się pod boki, patrząc się na nich podejrzliwym wzrokiem.
— Jesteś przewidywalna. — Caleb wzruszył ramionami. — Nie martw się o pracę, na pewno zdążysz.
Zlustrowałam ich uważnie wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, że kłamali. To nawet było mi na rękę, że chcą mnie podwieźć na Allegheny Ave, gdzie znajdował się szpital. Chciałam lekko ich wykorzystać.
— Okej — zgodziłam się powściągliwie. — Ruszajmy.

Ruszyliśmy w kierunku czarnego jeepa compassa zaparkowanego na samym skraju parkingu.

Bliźniacy usiedli na przodzie, a ja zajęłam tył. Rzuciłam plecak pod nogi, po czym z prawdziwym przerażeniem stwierdziłam, że mam za grube nogi. Uda wręcz rozlały mi się na skórzanym siedzeniu. W duchu jęknęłam ze zgrozą na widok fałdki na brzuchu. Chciałam schudnąć już miesiąc temu, ale wciąż mi się nie udawało.
Wyjrzałam przez okno, próbując skupić się na czymś innym niż na swoich mankamentach w wyglądzie. Jechaliśmy właśnie Cottman Ave.
W głowie zaświtał mi pewien pomysł. A może tak się popytam ich o różne rzeczy?

— Mam nadzieję, że mogę zadać wam parę pytań — zapytałam się, przesiadając się na środkowy fotel, aby mieć lepszy widok na braci.
— Wal śmiało — zachęcił Calvin.
— Co to jest za grupa, do której należycie wy, Loic oraz Harrison?
— Mafia — rzucił niedbale Caleb. — Kojarzysz Dante Leone? To on ją założył.
Poczułam się strasznie zdziwiona, słysząc imię i nazwisko jednego z najbardziej wpływowych polityków w mieście. Dante na ostatnich wyborach kandydował na burmistrza Filadelfii, ale ostatecznie przegrał z Jimem Kenneyem. W życiu bym nie sądziła, że on może być zamieszany w brudne sprawy mafii.
— Czyli jesteście w gangu? — zapytałam, wciąż nie dowierzając.
— Gangiem są te szumowiny z Kensingston. Prawdziwa patologia. — W głosie Calvina zabrzmiała wrogość.
Kensington była to dzielnica mieszcząca się pomiędzy Port Richmond a Fishtown. Było to najniebezpieczniejsze miejsce w mieście. Nieraz słyszałam w telewizji o zamieszkach w Kensington.
— No dobrze... I co tam robicie?
Samochód skręcił na autostradę krajową 95. Po jednej stronie wzdłuż drogi płynęła rzeka Delaware. To ona oddzielała Pensylwanię od New Jersey.
— Wyrób, handel, przemyt i dystrybucja narkotyków, zabijanie na zlecenie, produkcja ładunków wybuchowych, czasami robimy jako ochrona dla szych... — wymieniał kolejno Caleb. — Takie tam rzeczy.

— ZABIJACIE NA ZLECENIE?! — pisnęłam przerażona.
— Uspokój się, Riley. — Caleb rzucił mi rozbawione spojrzenie. — Od tego są ludzie pokroju Loic'a, nie my. Ja z Calvinem zajmujemy się handlem narkotyków w północnej części miasta.

Loic'owi pasowała jak ulał ta fucha. Był bezwzględny, groźny i mściwy. Nawet swoim wyglądem przypominał typowego członka gangu.
Wzdrygnęłam się na wspomnienie dłoni Loic'a zaciskających się na mojej szyi.
— Nie lubię go — mruknęłam pod nosem.
— My też go nie lubimy — oznajmił wesoło Calvin.
— Loic zrobi ci szybki lodzik. — Zaśmiał się Calvin, a ja wybuchnęłam głośnym śmiechem.

— Zgłoś się do Loic'a po szybkiego lodzika — dopowiedział Caleb, a cały samochód wypełnił nasz głośny chichot.
Zjechaliśmy właśnie z autostrady na Aramingo Ave, która już centralnie prowadziła do szpitala.
Kiedy opanowaliśmy nagły wybuch radości, zapytałam się:
— A czym się zajmuje Harrison?
— Harrison jest klikiem ludzi od brudnej roboty — wyjaśnił pokrótce Caleb. — No wiesz, Dante sam by tego nie ogarnął.
Pokiwałam głową. To wydawało się sensowne.
— A o co chodzi z tym kodeksem, o którym wspominał Loic?
— To jest najmniej zabawna rzecz w Sharkeyes. Niestety mamy swoje zasady. Nie możemy krzywdzić osób niezwiązanych ze zleceniem. Nie możemy nikogo napadać i ble-ble... — Calvin westchnął teatralnie. — Oczywiście, jeśli Dante wyrazi zgodę to możemy wszystko — zakończył, wyraźnie akcentując ostatnie słowo.
— Och, a policja? Nic wam nie robi?
— Z nią to jest dłuższa historia. Dante i szeryf Hayato nienawidzą siebie nawzajem.
O matko. Nie sądziłam, że jest aż tyle zawiłości w świecie broni, narkotyków i napadów.
Calvin skręcił autem, wjeżdżając na parking przed szpitalem. Elegancko zaparkował w cieniu drzew.
— No to idź do Chestera, my na ciebie poczekamy — poinformował chłopak.
— Tylko długo tam nie siedź! — zawołał drugi, kiedy wygramoliłam się z samochodu.

Rzuciłam im radosne spojrzenie, trzaskając drzwiami.
Budynek Northeastern Hospital był imponujących rozmiarów. Został zrobiony z czerwonej cegły, a front budowli zdobiły cztery białe kolumny. Do głównego wejścia prowadziły schody, po których szybko się wspięłam. Popchnęłam drzwi, po czym weszłam na przestronny hol.
Po krótkiej rozmowie z pielęgniarką popędziłam schodami na trzecie piętro.
Idąc korytarzem z niesmakiem stwierdziłam, że brak tu kolorów. Wszystko tutaj lśniło czystą oraz sterylną bielą. Mijałam kolejne sale, aż doszłam wreszcie do pomieszczenia numer sto osiemnaście.
Delikatnie zapukałam w drzwi, słysząc jak serce kołacze mi się w piersi.

— Proszę! — dobiegł mnie męski głos zza drzwi.
Otwierając je ostrożnie, przeskanowałam wzrokiem salę.
Jak można było się spodziewać, raziła bielą. Było tu tylko jedno łóżko, które teraz zajmował mój przyjaciel. Pokój był rozmiarów wręcz klitkowatych. Przez okno umieszczone naprzeciw mnie widziałam krajobraz miasta.
Sam Chester nie wyglądał najgorzej. Na jego barku widniał starannie założony opatrunek, a czoło zostało owinięte bandażem. Wyglądał jakby w ciągu tych paru godzin schudł, a jego koście coraz bardziej były widoczne. Jego jasne, lekko przydługie włosy teraz sterczały na wszystkie strony. Na twarzy pojaśniał mu szeroki uśmiech na mój widok.
— Riley! — wykrzyknął, a ja podbiegłam do niego, próbując jak najdelikatniej go uścisnąć.

Po policzkach leciały mi ciurkiem łzy.

— Tak mi przykro. — Szlochałam, chowając głowę w jego klatce piersiowej.
— Cii, nie płacz — uspokajał mnie Mendes, lecz z marnym skutkiem. — Mam tylko postrzelone ramię i wstrząs mózgu. — ostatnie słowa oznajmił wesoło, jakby to było nic.

Oderwałam się od jego piersi i wlepiłam w niego wzrok mówiący „No chyba kpisz, tak mówiąc".
— Czemu mi nie powiedziałeś, że masz długi? I czemu bierzesz narkotyki?!
Chłopak wydał się zmieszany moimi pytaniami.
— Nie chciałem cię martwić — westchnął ciężko, po czym szybko zmienił temat. — Opowiedz mi co się działo później, jak straciłem przytomność.
— Zawieźli mnie do ich klika. I wiesz kim on się okazał? Moim ojcem.
Zmarszczył brwi z niedowierzaniem.
— Co? Twój zaginiony od osiemnastu lat ojciec to Harrison?
Pokiwałam energicznie głową.
— Nie wierzyłbym temu gościowi na twoim miejscu. To jest strasznie dziwne i wręcz absurdalne.
A może Harrison nie mówił prawdy? Ale po co miał kłamać? Wszystko to wydawało się bardzo realne i rzeczywiste.
Poczułam lekkie urażenie jego zachowaniem. Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść.
— Wiesz co, Chester, muszę już iść. Mam do pracy. W weekend postaram się ciebie odwiedzić, dobrze? — wstałam z łóżka i cmoknęłam chłopaka w policzek.
— Ach, no dobra. No to do zobaczenia! — wydawał się niezadowolony.
— Cześć! — pomachałam Chesterowi i wyszłam na korytarz z jeszcze gorszym mętlikiem w głowie.


W pokoju rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu przypisany do Catrine. Szybko wcisnęłam zieloną słuchawkę na ekranie komórki.
— No hej — przywitałam się, podchodząc do otwartej na oścież szafy.
— Jesteś już gotowa? Właśnie idę po samochód — dobiegł mnie jej głos.
Jeśli gotowa znaczyło też, że w samym ręczniku mogę pojechać na imprezę, to tak. Jestem gotowa.
— No jeszcze nie do końca — odpowiedziałam wymijająco, wyciągając czarną, rozkloszowaną sukienkę z koronkowymi wzorami.
— Okej, to się pośpiesz. Ja już wyjeżdżam — ostatnie słowa wręcz zaśpiewała.
Rozłączyłam się, rzucając telefon na łóżko. Szybko wciągnęłam na siebie ubranie. Boso pobiegłam do łazienki, aby rozczesać wilgotne włosy. Gdy już wychodziłam, natknęłam się na moją mamę zmierzającą w kierunku swojej sypialni. Sara zmierzyła mnie uważnie wzrokiem od stóp do głów, po czym wręcz niedostrzegalnie skinęła głową. Kiedy weszła do siebie, ja wciąż stałam niczym posąg ze wzrokiem wbitym w ścianę.
Co to miało znaczyć? Dręczyła mnie chęć, aby wpaść do jej pokoju i wykrzyczeć wszystko, o czym wiem, ale byłam ewidentnie za słaba, żeby to zrobić.
Potrząsnęłam głową, aby szybko wybić ten pomysł z głowy i ruszyłam do pokoju po torebkę oraz buty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz