8/27/2017

Rozdział 3. Fairfield Street

Cause we all get lost sometimes, you know?
It's how we learn and how we grow
And I wanna lay with you 'til I'm old
You shouldn't be fighting on your own.

Upiłam kolejny łyk coli, siedząc przy wyspie kuchennej. Podrygiwałam w rytm piosenki Justina Biebera płynącej z głośników.

W kuchni znajdowała się tylko garstka osób, większość tańczyła w salonie albo balowała nad basenem w ogrodzie.

Było już po północy, a ja nadal byłam trzeźwa. Czego nie mogłam powiedzieć o Catrine, która zniknęła pięć minut temu w łazience. Grey wlała w siebie parę drinków oraz dwie puszki piwa. Na szczęście jeszcze się nie zataczała ani nie bełkotała.

— Hej misiu. — Usłyszałam bełkoczący, męski głos tuż obok mnie.

Spojrzałam w bok i zauważyłam chłopaka siadającego na sąsiednim stołku. Posłał mi spojrzenie, które miało być pociągające. Było widać jak na dłoni, że tego wieczoru nieźle sobie popił.
— Znamy się?
Chłopak miał kręcone, ciemne włosy i niebiesko-zielone oczy. Wystające kości policzkowe ładnie zarysowywały policzki. Mógł być przystojny, gdyby nie zamroczony wyraz twarzy oraz mętne spojrzenie.
— Niee, ale możemy się poznać. — Rozszerzył usta w obrzydliwym uśmiechu.
Mimowolnie się skrzywiłam, kiedy dotarł do mnie odór alkoholu. Już miałam wstać i odejść, kiedy ktoś zawołał:
— Tucker! Ty debilu!
Nagle znalazł się nad nim drugi chłopak, uderzając go gwałtownie w ramię.

— Daj mi spokój, stary — jęknął przeciągle siedzący.
Drugi towarzysz zdawał się trzeźwy. Wyglądał jak zwykły chłopak z sąsiedztwa. Lekko podłużna twarz, nos jak ziemniak, brązowa czupryna włosów i tego samego koloru oczy.
— Jesteś pijany, debilu. Jak mam ci dać spokój? — warknął.
Wydawał się wkurzony na swojego przyjaciela. A później zauważył mnie, a jego twarz złagodniała.
— Och, przepraszam za mojego kumpla. Nie mam pojęcia co on mógł ci nagadać.

Uśmiechnęłam się pod nosem.
— Chciał się tylko zapoznać. — Spojrzałam na Tuckera, który schował twarz w dłoniach w wyrazie zmęczenia.
— Dzięki Bogu, że tylko tyle. — Odetchnął z udawaną ulgą. - Jestem Jeffrey, a ten pijany to Tucker.
— Riley, miło mi.
— Nie jestem pijany — zaprotestował Tucker, odklejając dłonie od twarzy.
Obserwowałam jak Jeff podnosi brwi.
— Postaram się, abyś na czole miał wytatuowane „Jestem debilem", a dopiero potem porozmawiamy o twoich promilach — prychnął, chwytając go za ramiona.
— Nie jestem pijany ani nie jestem debilem — mruknął, ostrożnie podnosząc się ze stołka i stawiając chwiejne kroki na posadzce w stronę wyjścia.
— No to do zobaczenia, Riley. — Jeff rzucił mi wesołe spojrzenie, po czym ruszył za Tuckerem.
W głowie mi lekko się kręciło od nadmiaru emocji. Pociągnęłam kolejny łyk z plastikowego kubka, przypominając sobie nagle o Catrine. Lekko się zaniepokoiłam nieobecnością dziewczyny. Gdzie ona jest do cholery? Wciągnęła ją toaleta, kiedy spuszczała wodę?

Zeskoczyłam ze stołka i wyszłam z pomieszczenia. Przepychałam się z trudem przez roztańczony tłum. Zaczęły mnie irytować napierające na mnie ciała. Mogliby tak się odsunąć, pomyślałam.
Kiedy wyszłam na hol, zostałam dość niecodzienny oraz komiczny widok. Na schodach stała Catrine, rozmawiając z Tuckerem, którego próbował odciągnąć Jeffrey. Chociaż „rozmawiać" to złe określenie. To raczej Tucker kleił się do Grey, zasypując ją wszelkimi komplementami. Jeff wbijał wzrok w przyjaciela wyraźnie zdenerwowany. Dopiero teraz zauważyłam, że Jeffrey jest niższy oraz smuklejszy niż Tucker.
Cat z coraz większym zirytowaniem przyjmowała kolejne komplementy chłopaka. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Cała sytuacja była absurdalna i niezwykle zabawna w moim mniemaniu.
— Catrine! — krzyknęłam w kierunku przyjaciółki, podchodząc bliżej.
Spojrzała na mnie z ulgą w oczach. Zeszła po schodach, omijając bełkoczącego Tuckera.

— Jedźmy już stąd — szepnęła, a ja kiwnęłam głową.
Z rozbawieniem obserwowałam jak Jeff otworzył drzwi wejściowe i przez nie wypchnął kumpla. Rzucił nam przepraszające spojrzenie, po czym zamknął przejście.

— Już się zbieramy czy jeszcze posiedzimy? — zapytałam się Catrine.
— Wracajmy już. Ten gość był opętany. — Pokręciła głową, mając na myśli Tuckera.
Zaśmiałam się.
— Po prostu zbyt dużo wypił.
Wyszłyśmy przed dom i skierowałyśmy się wzdłuż ulicy w poszukiwaniu samochodu Catriny.

W uszach wciąż mi dudniła energiczna muzyka, a ja dopiero na świeżym, nocnym powietrzu uświadomiłam sobie jaka byłam rozgrzana.
Wsiadłam za kierownicę błękitnego forda fiesty, a Cat zajęła miejsce pasażera. Opuściliśmy ulicę Devereaux Ave, mknąc na północ miasta.

Niedziela była słoneczna i ciepła. Tego dnia czułam się wręcz wyśmienicie. Miałam nadzieję, że nic nie popsuje mojego humoru. Umówiłam się dzisiaj z Harrisonem w centrum handlowym Roosevelt Mall. To miałoby być zwyczajne spotkanie ojca z córką.
Na miejsce dostałam się autobusem. Chociaż na tyle mogłam być niezależna. Owszem, miałam dość jeżdżenia autobusami, tramwajami czy metrem. Chciałabym mieć swój własny samochód. Kiedy o tym myślałam, czułam na sobie powiew wiatru wymieszany z prawdziwym uczuciem wolności. Wyobrażałam siebie w kabriolecie. Najlepiej w turkusowym z jasnymi, skórzanymi siedzeniami. To uczucie mknięcia przed siebie nie wiadomo gdzie. Mogłabym sobie robić wycieczki do New Jersey lub do Nowego Jorku. Pędziłabym autostradami, wymijając wolniejsze auta. Jednak był jeden szkopuł, a mianowicie, collage.
Od paru dobrych miesięcy zbierałam na niego pieniądze. Byłam pewna, że Sara do moich studiów się nie przyłoży. Sara dość dobrze zarabiała jako sprzedawczyni na stacji paliw. Miała nawet swoje auto. Może to był stary jak świat zielony dodge neon z rdzą porastającą na drzwiach, ale miała swój własny środek komunikacji. Nigdy nie dała mi się nim przejechać.

Przed oczami pojawiły mi się mętne wspomnienia z dzieciństwa. Kiedy byłam mała, jeszcze się mną w jakiś sposób opiekowała. Prała, gotowała, prasowała. A gdy podrosłam i się usamodzielniłam, musiałam radzić sobie sama. Nigdy nie okazywała w moim kierunku żadnych uczuć. Zwykle to była chłodna obojętność.
Na szczęście miałam państwo Grey oraz Catrine.
Otrząsając się z ponurych myśli, upiłam kolejny łyk cappuccino, po czym zagryzłam czekoladowym ciasteczkiem. Siedziałam w kącie małej, uroczej kawiarenki umiejscowionej obok sklepu odzieżowego Forever 21.
Wystrój wnętrza był nader spokojny. Tapeta na ścianach w stonowanych kolorach brązu oraz beżu. Okrągłe, drobne stoliczki były rozsiane po całej sali. Panował tutaj spokój, który wręcz był namacalny. Z głośników sączyła się powolna muzyka klasyczna. Za szkłem mogłam obserwować ludzie przechadzających się po galerii. Śledziłam wzrokiem dwie dziewczyny, chyba w moim wieku, obładowane papierowymi torbami ze sklepów. Powinnam wreszcie wybrać się z Catrine na zakupy.
— Witaj, Riley. — Do mojego stoliczka nagle przysiadł się Harrison.
Ubrany był w czarną koszulkę oraz tego samego koloru spodnie. Co oni mają, że się ubierają na czarno? Calvin, Caleb, Loic, a teraz on? To ich jakiś znak rozpoznawczy czy co?
— Hej.
Mężczyzna zamówił dla siebie zwykłą kawę i kawałek szarlotki. Kiedy dostał jedzenie, zaczął mówić:
— Jak tam się czuje Chester?
— Chyba dobrze. Byłam wczoraj u niego, ale spał.
— To źle.
Zdezorientowana zamrugałam oczami.
— Czemu?

— Ma duży dług. Niepłacenie dla mafii jest równe szybkiej śmierci. — Wzruszył ramionami, jakby to była błahostka.
— Ile jest dłużny? — przełknęłam nerwowo ślinę, bojąc się usłyszeć sumę pieniędzy.
— Trzy tysiące dolarów.
Czułam jak żołądek przewraca się na drugą stronę.
— To dużo.
— Może to ci się wydawać bestialskie, ale taka jest kolej rzeczy. Chester wiedział, w co się pakuje, więc niech za to teraz zapłaci.
— I ty się na to zgadzasz? — Wbiłam w niego wzrok z niedowierzaniem.
Harrison ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
— Nie ja o tym decyduje. Jest nade mną jeszcze parę osób. Nie myśl, że to ja rządzę tą mafią.
— To, czemu tam nadal „pracujesz"?
— Z mafii nie da się wyjść ot tak. Jest się w niej aż do śmierci. Dołączając do niej, nie byłem tego jeszcze świadomy — ostatnie słowa rzucił z krzywym uśmieszkiem.
— Bliźniacy mi mniej więcej opowiedzieli o was i o waszej działalności.
— Co konkretnie wiesz?
— Dante jest tym całym bossem. Ty jesteś klikiem. Macie kodeks i wiem czym się zwykle zajmujecie na co dzień.
— Tyle wiedzy powinno ci wystarczyć. Nie zamierzam cię mieszać w ten świat. Nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo. Chcę tylko odbudować nasze relacje.
— Wierz mi, w życiu nie chcę dołączyć do waszego gangu.
Posłał mi słaby uśmiech.
— Mafii jak już. Gang u nas jest obelgą.
— Och, wybacz. Ciągle mi się myli. Macie jakąś nazwę czy robicie za bezimiennych zbójów?
— Sharkeyes - wypowiedział nazwę, a ja roześmiałam się. — Nie śmiej się. To jest całkowicie poważna nazwa.
— No okej. Cieszę się, że nie macie przereklamowanej nazwy typu: Ciemni Zabójcy czy Armia Śmierci.
— W tym z tobą się akurat zgodzę.
— Czekaj, a Sara? Wie o tym wszystkim?
— Oczywiście, ona kupuje od nas narkotyki. — Mimowolnie się skrzywił. — Ale nie wiedziała od samego początku.
— Nic już do niej nie czujesz?
— Nie. — pokręcił głową. — Ona pewnie też. Nienawidzi mnie, że ją zostawiłem, kiedy była w ciąży. Nasza relacja jest oparta tylko na biznesie, jakim są prochy.
— Harrison. — Wciąż nie mogłam się przełamać i mówić na niego „tato". - Co mam zrobić, żeby przestała? Chcę, aby wreszcie to rzuciła, bo po prostu widzę jak ją to wyniszcza.
— Nie mam pojęcia, Riley. Zachowuje się jak nastolatka, choć doskonale wie, że te czasy już minęły.
— Mam nadzieję, że ona płaci za prochy — rzuciłam z grymasem.
— Tak, ona tak. Naprawdę mi przykro, że musisz żyć w takim środowisku. Jak będziesz miała jakieś problemy, pomogę ci. Chcę odpokutować te dziewiętnaście lat nieobecności.
— Oczywiście — zgodziłam się.
— A tak poza tym, to co zwykle robisz na co dzień? Chodzisz do pracy?
— Pracuję w Targecie. Zbieram na studia i na własny samochód.
Mężczyzna podniósł brew ze zdziwieniem.
— Nie masz swojego auta? — zapytał, a ja pokręciłam głową. — Sara nie pomaga ci?
— Już się usamodzielniłam, nie potrzebuję jej pomocy.
Skinął w zamyśleniu głową. Rozejrzał się po kawiarni.
— Może pójdziemy na zakupy? Zawsze chciałem pójść na wspólne zakupy ze swoją córką. — rzucił z uśmiechem.
— Jasne.
Zapłaciliśmy i wyszliśmy z lokalu. Najpierw Harrison poprowadził mnie do Forever 21, który mieścił się tuż obok kawiarni.
— Przymierz to. — Mężczyzna wyciągnął z wieszaka granatową, zwiewną sukienkę ze wzorami drobnych kwiatków.
Podał mi ubranie i zagonił do przymierzalni, a sam poszedł na kolejne łowy ciuchów.
Weszłam do kabiny i powiesiłam sukienkę na wieszak. Miałam już zdejmować bluzkę, kiedy zasłona zafalowała, jakby ktoś się o nią otarł i nagle moim oczom ukazał się Jeffrey. Tak, ten Jeffrey, którego spotkałam w piątek na imprezie u Zoey.
Wszedł błyskawicznie do kabiny, jakby bał się, że ktoś go zobaczy.
— Jeff?! Co ty tu robisz? — spytałam spanikowana faktem, że bez żadnych oporów wparował mi do przymierzalni.
Zignorował moje pytanie. Zmierzył mnie wzrokiem swych orzechowych oczu. Nie wyglądał przyjaźnie. Nawet nie przypominał tego miłego chłopaka z piątkowej imprezy.
— Jesteś w Sharkeyes? — zapytał prosto z mostu, a ja wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia.
— O czym ty mówisz? Oczywiście, że nie! — odpowiedziałam z coraz większym niepokojem.
— To skąd znasz się z Harrisonem? — Jego słowa zabrzmiały niczym lód.
— To jest mój ojciec, do cholery! O co ci chodzi? — warknęłam, bo zaczęło mnie irytować to przepytywanie.
Wydawał się zbity z tropu, lecz po chwili zmarszczył brwi.
— Niemożliwe, Harrison nie ma córki. Nie ma nawet żony — nadal twardo obstawiał przy swoim.
Prychnęłam w odpowiedzi, zakładając ręce na piersi.
— No to niech tak będzie skoro wiesz lepiej — zacisnęłam usta w wąską kreskę.
— Jak długo się z nim znasz? — zadał kolejne pytanie, wbijając we mnie nieustępliwy wzrok.
— Słuchaj, Jeff, nie będę odpowiadać na twoje pytania, jeśli mi nie powiesz, o co ci chodzi i przestaniesz być taki oschły.
Minęła chwila, gdy znów się odezwał.
— Dobra, przepraszam. Poniosło mnie. — Potarł rękoma twarz, kiedy spojrzał na mnie wydawał się zmęczony oraz zrezygnowany. — Nie powinienem na ciebie tak naskakiwać.
Dopiero teraz przyjrzałam się chłopakowi. Miał na sobie szeroką, szarą bluzę, która wisiała na nim jak worek oraz czarne spodnie. Włosy były w nieładzie, co wyglądało całkiem przyzwoicie. Pod oczami miał ciemne podkówki, a cera lśniła przeraźliwie blado. Był tylko odrobinkę wyższy ode mnie.
— No ja myślę — nie opuściłam z wrednego tonu, wciąż wbijając w niego spojrzenie. — Do tego bezczelnie wszedłeś mi do kabiny, kiedy się przebierałam!
Uśmiechnął się delikatnie na widok mojego oburzenia.
— Na jakiej ulicy mieszkasz? Wpadnę do ciebie wieczorem i wszystko wyjaśnię, bo teraz nie mam zbyt dużo czasu. — Wyjrzał za zasłonkę, uważnie lustrując korytarz prowadzący do przymierzalni.
— Na 1563 Fairfield Street — rzuciłam niedbale, choć w środku aż gotowałam się z zaciekawienia, o co może mu chodzić.
— Okej, no to do zobaczenia. Ładna sukienka — rzucił z uśmiechem i w okamgnieniu wypadł z przymierzalni, nim mogłam w jakikolwiek sposób zareagować.
Stałam tak nieruchomo, nie mogąc uwierzyć, że przed chwilą tutaj stał Jeffrey.
— Riley? Przebrałaś się już? — usłyszałam zza kotary głos Harrisona.
— Jeszcze nie, poczekaj chwilkę — oznajmiłam, zrzucając z siebie pośpiesznie bluzkę.
Kiedy byłam ubrana w granatową sukienkę, ostrożnie przeciągnęłam zasłonę na jeden bok.
Harrison czekał na mnie, trzymając naręcze nowych ubrań. Gdy mnie zobaczył, zawołał z entuzjazmem:
— Ale twój stary ma dobry gust!


Nie byłam zdenerwowana. Wcale. Byłam wręcz oazą spokoju i opanowania. Wmawiałam tak sobie, krążąc nerwowo po pokoju w oczekiwaniu na Jeffreya. Moja trasa zaczynała się od szafy, a kończyła się przy biurku stojącym po drugiej stronie pomieszczenia.
Jeffrey nie sprecyzował, o której godzinie dokładnie się pojawi, ale ja już czekałam.
Postanowiłam usiąść na łóżku, choć doskonale wiedziałam, że długo w jednym miejscu nie usiedzę. Obserwowałam jak zahipnotyzowana własne nogi, które najwyraźniej były nadpobudliwe, bo podskakiwały jak najęte.
W domu byłam sama. Sara najprawdopodobniej pojechała do swojej koleżanki. Chociaż już nie byłam pewna. Równie dobrze mogła pojechać po kolejną porcję narkotyków.
Moje dłonie zaczęły się gwałtownie zaciskać w pięści. Czasami nawet nie panowałam nad swoimi ruchami. Miałam wrażenie, że nagle ciało zaczęło się rządzić swoimi prawami. Taki minus bycia chorobliwie niecierpliwą.
Na zegarze wybiła godzina dziewiąta, a ja wciąż czekałam. Na zewnątrz zaczął powoli zapadać zmrok.
Panowała cisza przerywana odgłosem moich oddechów oraz tykaniem zegara. Rozległo się ciche, przerażające skrzypienie, a moje serce zatrzymało się na chwilę, aby później bić szybszym rytmem. Powoli wstałam z łóżka, starając się nie wydawać żadnych odgłosów.

Skrzyp, chrzęst i nagły trzask.
Ktoś najwyraźniej próbował dostać się do mojego pokoju.
Znieruchomiałam na chwilę. Mój instynkt mówił wtedy jedno. Chowaj się.

Rozejrzałam się po pokoju z narastającym strachem. Może schowam się w szafie? Albo pod łóżkiem? Nie miałam zbytniego wyboru w kryjówkach. Wybrałam drugą opcję i błyskawicznie wczołgałam się pod materac.
W międzyczasie słyszałam kolejne odgłosy. Nie mogłam zdefiniować skąd one konkretnie pochodzą.
Bezpiecznie ukryta pod łóżkiem, czujnie obserwowałam pokój. Cieszyłam się w duchu, że kołdra, która była zbyt duża i wisiała po boku materacu, po części mnie zakrywała.

Szmer, chrzęst i skrzyp.
Starałam się jak najciszej oddychać. Przerażone serce tłukło się w piersi. Nieświadomie napięłam całe ciało w oczekiwaniu na najgorsze.
Dźwięki były coraz bliżej.
Rozejrzałam się po ewentualnych narzędziach do obrony. Zauważyłam tylko zakurzone pudełko z misiami, które wcześniej zajmowały miejsce na biurku. Super, w punkcie kulminacyjnym wyciągnę owo pudełko i zacznę rzucać w obcego pluszakami.
Usłyszałam jak czyjeś buty uderzają z ciężkim stukotem o podłogę. Obróciłam głowę w kierunku okna i wtedy je zauważyłam. Najwyraźniej włamywacz wszedł oknem, które, cholera jasna, wcześniej otworzyłam. Punkt dla Riley za niebywałą inteligencję oraz spryt.

Byłam pewna, że to osobnik płci męskiej. Raczej kobiety by nie zakładały czarnych traperów.

Ten ktoś zaczął iść na środek pomieszczenia. Obserwowałam jak jegomość powoli obraca się dookoła, lustrując cały pokój. Jego buty skierowały się czubkami centralnie w moją stronę.
W głowie pojawiały mi się najczarniejsze scenariusze. Jak ten ktoś wywleka mnie spod łóżka i zabija lub robi ze mną coś równie bestialskiego. Żałowałam, że Sary nie ma w domu. A gdzie jest do cholery Jeff?!
Skuliłam się jeszcze bardziej, kiedy buty przybliżały się w moim kierunku.
— Riley?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz