8/29/2017

Rozdział 4. Niebieski Kaktus

Wpatrywałam się tępo w oczy Jeffreya. Wszystko wydawało się takie... nierealne. Tak czy siak, poczułam niewyobrażalną ulgę, widząc chłopaka.
— Co ty robisz pod łóżkiem? — Pod wpływem jego pytania oraz zdziwionego wzroku poczułam jak rumieńce wpełzają mi na policzki
— No wiesz, tak sobie leżę. — Posłałam mu sztywny uśmiech, próbując wyglądać normalnie.
— Pod łóżkiem? — zapytał, wbijając we mnie rozbawione spojrzenie.
— Dokładnie. — Pokiwałam energicznie głową, nieopatrznie uderzając się w metalowy stelaż.
Jęknęłam, masując się w tył głowy. Kolejny guz do kolekcji, pomyślałam ponuro.
— Wyjdziesz może czy tak będziemy rozmawiać?
— Dobry pomysł. Daj mi chwilkę.
Z trudem wyczołgałam się spod materacu, a w tym czasie chłopak podniósł się z kucków. Otrzepałam się z kurzu i stanęłam naprzeciwko Jeffreya.
— Czemu tam się ukrywałaś? — Wskazał owe nieszczęsne łóżko.
— Myślałam, że ktoś się włamuje — odburknęłam, zakładając ręce na piersi.
Czułam się jak ostatnia idiotka. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy spod niej nie wracać.
— Wybacz, że wszedłem oknem. Nie chciałem ryzykować, wchodząc normalnie drzwiami. — Wzruszył lekceważąco ramionami.
— Czemu ryzykować? Jestem sama w domu — wypaliłam, nim ugryzłam się w język.
Nie znałam za dobrze Jeffreya, toteż nie za bardzo mu ufałam i nie powinnam mu mówić takich rzeczy.
— Nie ma Harrisona? — spytał, marszcząc brwi.
— Harrison z nami nie mieszka. — Wywróciłam oczami.
— Dlaczego?
— Długa historia. Powiem tylko, że mieszkam tylko z mamą — odpowiedziałam, próbując brzmieć obojętnie, gdyż pytania o moją sytuację rodzinną powoli mnie zaczęły irytować.
— Jasne. — pokiwał w zrozumieniu głową.
— Następnym razem nie strasz mnie tak — westchnęłam, siadając na łóżku.
Jeffrey wybrał sobie krzesło znajdujące się obok biurka. Obrócił je tyłem w moją stronę i usiadł, opierając się rękoma o oparcie.
— Postaram się. — Posłał mi łobuzerski uśmiech - Wyszedłem z wprawy. Ostatnio nie wspinałem się po starych drzewach.
— Ej, skąd wiesz, gdzie mieści się mój pokój? Przecież jesteś tutaj pierwszy raz! — Spojrzałam na niego z niepokojem.
— Improwizowałem. Serio. Zauważyłem, że jest jedne otwarte okno, a do tego obok rosło drzewo, więc czemu by nie skorzystać? — rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
— Dobra, nieważne. Czekam na wyjaśnienia, o których mówiłeś w sklepie. — Z jego twarzy zszedł momentalnie uśmiech.
— Wiesz czym zajmuje się twój ojciec? — zapytał nieco ostro.
— Tak, jest w tym całym gangu...
Lekko się zdziwiłam faktem, że Jeffrey zna mojego ojca i wie o jego „pracy".
Posłał mi kwaśny uśmiech.
— To prawda. Czyli o wszystkim wiesz i nie muszę ci tłumaczyć? — W odpowiedzi skinęłam głową — Czemu dopiero teraz zaczęłaś się z nim widzieć, Riley? Wcześniej nikt nie wiedział, że ma w ogóle córkę.
Przełknęłam nerwowo ślinę. Czyli będę musiała mu wszystko opowiedzieć, a nie miałam ochoty tego robić. Odchrząknęłam.
— Słuchaj, to dość dziwna sprawa... — zaczęłam niepewnie — W tamten wtorek byłam z moim przyjacielem na imprezie. Kiedy wracaliśmy, natknęliśmy się na podejrzanych typków. Jeden z nich zranił Chestera, a mnie zabrali do ich klika, którym się okazał Harrison. On... on po prostu oznajmił, że jest moim tatą. Uwierz mi, nadal to dla mnie szok. Dotąd mieszkałam tylko z mamą, a ona nie chciała nic powiedzieć o Harrisonie... — Zgarbiłam się pod natłokiem wspomnień, ale po chwili się wyprostowałam. — Jak mi nie wierzysz możesz go się o to zapytać.
Ostatnie słowa zabrzmiały zbyt ostro. Jeffrey siedział skupiony, słuchając uważnie mojej opowieści.
Kiedy skończyłam mówić, pokręcił głową.
— Nie mogę się go zapytać. Nawet nie mogę z nim rozmawiać. Jest moim wrogiem — wypowiedział słowa gładko, bez żadnego zająknięcia.
Już otwierałam usta, aby się zapytać, czemu jest jego wrogiem, ale nagle coś mi przyszło do głowy. Doskonale pamiętałam co powiedział Calvin, kiedy jechaliśmy do szpitala, aby odwiedzić Chestera. „Gangiem są te szumowiny z Kensingston. Prawdziwa patologia." Z jego wypowiedzi wynikało, że mają na pieńku z ludźmi z Kensingston. Czyżby Jeffrey był w tym gangu?
— CZY TY JESTEŚ Z GANGU?! — wrzasnęłam, gwałtownie podrywając się z łóżka.
Rzucił mi rozbawione spojrzenie.
— Czyli o nas też słyszałaś. — Westchnął.
— Cholera jasna, muszę zadzwonić po Harrisona albo po bliźniaków — jęczałam, szukając telefonu, gdy nagle odwróciłam się jak oparzona w kierunku chłopaka. — Czy ty chcesz zrobić mi krzywdę?!
Przeraziła mnie myśl, że Jeff może mnie w jakiś sposób skrzywdzić. W jednej chwili straciłam do niego jakiekolwiek zaufanie. Nie sądziłam, że i on jest w to wszystko zamieszany. Dotąd wydawał mi się zwykłym chłopakiem, a okazało się, że należy do gangu. Do tego jego wrogiem jest mój ojciec. To jest jakiś chory absurd, pomyślałam. Czemu to tak nagle na mnie spadło? Czemu Harrison to wszystko skomplikował?
Jeffrey przyglądał mi się z pewną dawką niezadowolenia. Najpewniej poczuł się urażony moimi słowami. Zacisnął usta w wąską kreskę.
— Po pierwsze, jeśli chciałbym cię zabić, już bym to zrobił. Po drugie, Shelby są słabi. A po trzecie, przyszedłem tutaj, aby otrzymać informacje. — wydawał się strasznie oziębły, kiedy mówił. — I nie jestem taki jak reszta tego cholernego gangu, ale ty mnie wrzuciłaś do jednego worka.
Momentalnie zrobiło mi się głupio. Nie znałam za dobrze Jeffreya. Nawet nie powiedziałabym, że jest z Kensingston. Nie zachowywał się tak jak Loic i nawet w żadnym calu go nie przypomniał. Było mi wstyd jak nigdy dotąd. Nie lubiłam oceniać ludzi pochopnie, ale to właśnie przed chwilą zrobiłam.
— Jeff, przepraszam, ale zrozum mnie co ja czuję. Najpierw po osiemnastu latach pojawił się mój zaginiony ojciec, który okazał się należeć do okolicznej mafii, moja matka ćpa i to już od dawna, a mój przyjaciel leży w szpitalu, bo... bo też ćpa... — Schowałam twarz w dłoniach, opadając bezsilnie z powrotem na łóżko.
Wyparowała ze mnie wszelka energia. Czułam się wykończona oraz miałam wielką ochotę pójść spać i zapomnieć o tej chorej sytuacji. Nawet nie wiedziałam czemu żaliłam się Jeffreyowi, którego znam ledwo dwa dni. Powinnam o tym wszystkim powiedzieć Catrine, której bezgranicznie ufałam. Nie rozumiałam swojego zachowania.
Nie oderwałam dłoni nawet wtedy, kiedy chłopak usiadł koło mnie. Zarzucił rękę na moje ramię i lekko przycisnął mnie do swojego torsu.
— Nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. Zresztą, znów — jego głos brzmiał kojąco i miękko. - Kiedy cię zobaczyłem z Harrisonem pomyślałem, że jesteś szpiegiem. Później podsłuchałem, że jesteście rodziną. Nie zdarza się na co dzień, że jeden z ważniejszych klików Sharkeyes z dnia na dzień odnajduje córkę.
— Ja szpiegiem? — spojrzałam badawczo na chłopaka, czy aby się ze mnie nie nabija.
— Wiem jak to głupio brzmi. — Uśmiechnął się pod nosem.
— Czemu nie jesteś taki jak typowi członkowie gangów? Myślałam, że w kartelach są tylko groźni, napakowani goście, a tu proszę. Chociaż bliźniacy też odstają pod tym względem.
— Po prostu jestem inny. Nie zamierzam krzywdzić innych, a tym bardziej ciebie.
— A Tucker? Też należy do gangu? — zapytałam, nagle przypominając sobie o jego przyjacielu.
Pokiwał ponuro głową.
— Tucker o wiele bardziej do nich pasuje niż ja, ale nie narzekam.
— Rozumiem.
— Nie uwierzysz, ale chcę utrzymywać z tobą kontakt. I nie z powodu, że mógłbym cię wypytywać o plany Harrisona, a o zwykłą chęć przyjaźni. Wydajesz się miła.
— Miła? — Rozbawiona podniosłam brew.
— No, na domówce byłaś bardzo sympatyczna, choć mało rozmawialiśmy. — Rzucił mi rozbawione spojrzenie.
Jeffrey wyszedł dopiero po dziesiątej. Zwinnie wyskoczył przez okno na wystającą gałąź drzewa, bo nadal twierdził, że wyjście drzwiami jest ryzykowne. Krótko po tym opatuliłam się kołdrą i zapadłam w twardy sen.


Następne dni były w miarę spokojne. Ten tydzień mogłam ocenić jako urywek z życia zwykłej nastolatki. Szkoła, praca, dom, a czasami nawet szpital. Tak wyglądała moja codzienność. Aż wreszcie nastała sobota, a spokój diabli wzięło.
Szłam szpitalnym korytarzem położonym na trzecim piętrze. W ręku trzymałam torbę wypełnioną słodyczami, którą chciałam podarować Chesterowi, bo żalił mi się, że od dawna nie jadł nic co znacznie podniesie mu cukier we krwi. Mendes miał jeszcze parę dni poleżeć w szpitalu ze względu na jego bark, z którym niestety powstały pewne komplikacje. Jednak chłopak czuł się wyśmienicie, tryskał energią i pozytywnym nastawieniem. Nie tylko ja go odwiedzałam. Często u niego przesiadywali jego rodzice, znajomi oraz rodzeństwo. Nie pytałam się o narkotyki. Wiem, że to był dla niego zbyt drażliwy temat.
Popchnęłam drzwi z numerem sto osiemnaście.
— Chester, nie uwie-
Przerwałam wpół zdania, rozglądając się z przerażeniem. Nie było go. Nigdzie go nie było!
Łóżko było nieusłane, jakby ktoś nagle gwałtownie wstał. Z otwartego na oścież okna wpadały do środka promienie słoneczne. Był zakaz otwierania okna przez pacjentów. Nawet w nich pozabierali klamki, aby nikt o to się nie pokusił. Podbiegłam do łóżka i otworzyłam szafkę nocną, w której zwykle Chester trzymał swoje rzeczy. Okazała się pusta, nie licząc parę papierków po gumach. Z narastającą gulą w gardle stwierdziłam, że nigdzie nie było jego rzeczy ani ubrań. On nie mógł pójść do łazienki, przy okazji zabierając wszystkie swoje manatki. Wyjrzałam przez otwarte okno. Czy on wyskoczył przez nie? Nie było tu nawet, o co się zaczepić, aby spokojnie zejść, i do tego znajdowaliśmy się dwadzieścia metrów nad ziemią.
Zaalarmowałam szybko pielęgniarki o nieobecności chłopaka. Nie miałam pojęcia, jakim cudem oni mogli przegapić ucieczkę Mendesa. To było nie do pomyślenia. Jakim, do cholery, cudem nie zobaczyli uciekającego nastolatka?
Później wszystko działo się szybko niczym w przyśpieszonym tempie.
Do szpitala przyjechali jego rodzice. Państwo Mendes byli tak samo zdruzgotani, jak ja. Byłam bezradna, że w żaden sposób nie mogę pomóc odnaleźć Chestera.
Zrezygnowana usiadłam na krześle stojącym na korytarzu tuż obok sali sto osiemnaście. Teraz kręciło się tutaj mnóstwo osób. Przyjechała nawet policja zaalarmowana przez szpital o ucieczce chłopaka. Łzy cisnęły mi się do oczu. Wciąż kurczowo trzymałam torebkę ze słodyczami. To miała być spokojna sobota. Czemu wszystko zaczęło się komplikować?
Rozpłakałam się na dobre.
Najbardziej bolała mnie myśl, że nic mi nie powiedział. Przecież byliśmy przyjaciółmi, prawda?



— Jeff, ja naprawdę nie jestem w humorze na spotkanie — westchnęłam, słysząc jak Jeffrey nalega na wypad do knajpy na kolację.
— Bardzo proszę, Riley! Rozerwiesz się trochę. Obiecuję, że nie będę z ciebie się śmiał. — Przez telefon doskonale słyszałam jego błagalny ton. Chyba mu naprawdę zależy na spotkaniu.
— Przyjedź za dwadzieścia minut. — Podniosłam jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu.
— Oczywiście, lady Paige. Sir Traynor przyjedzie swoją karocą punktualnie o ósmej wieczorem na Fairfield Street. — Rozłączyłam się z uśmiechem na ustach.
Jeff umiał rozbawić nawet największego smutasa. Dotychczas tylko pisaliśmy przez telefon, ale dzisiaj chłopak zaproponował spędzenie razem paru godzin. W tygodniu na spotkania nie mieliśmy bardzo czasu. Ja chodziłam do szkoły oraz do pracy, a on wypełniał tajemnicze „obowiązki" w gangu, jak to ujął.
Od razu bym się chętnie zgodziła, gdyby nie dzisiejszy incydent Chestera. Dręczył mnie ciągle niepokój o przyjaciela i przez niego nie mogłam na niczym się skupić. Nawet na zrobieniu prezentacji na marketing. Miałam nadzieję, że w obecności Jeffreya zapomnę o Mendesie.
Odświeżyłam się w łazience, próbując skupić się na czymś innym niż na Chesterze. Związałam swoje jasne włosy w kucyk, który później, po krótkim namyśle, przekształciłam w kok. Twarz zostawiłam taką, jaka jest, po czym ruszyłam do pokoju. Wybieranie ubioru jest najgorszą częścią przygotowań.
Wbiłam nieobecny wzrok w szarą bluzę i westchnęłam znużona. Zamknęłam oczy, po czym zaczęłam grzebać na oślep w szafie w poszukiwaniu idealnych ubrań na spotkanie. Najpierw wyłowiłam czarną koszulkę, a następnie spodnie takiego samego koloru.
Wystukałam na telefonie numer Catrine.
— Jak myślisz czarne ciuchy są dobre na spotkanie ze znajomym? — zadałam pytanie, nie czekając na przywitanie.
— No tak nie za bardzo. Słyszałam, że czarny wyszczupla. — Zachichotała.
— To są idealne dla mnie — mruknęłam pod nosem.
— Z kim się umówiłaś? Czuję się zazdrosna. — W jej głosie zabrzmiało oskarżenie, choć doskonale wiedziałam, że żartowała.
— Ze znajomym... — odpowiedziałam lakonicznie, wciągając na nogi dżinsy.
— Powiedzpowiedzpowiedz... — wywróciłam oczami na dziecinne prośby przyjaciółki.
— Jeffrey Traynor.
— Nie kojarzę, kto to?
— To ten trzeźwy kolega chłopaka, który cię podrywał na imprezie u Zoey.
Do moich uszu doszło głośne: „Uuuuuuu!" w wykonaniu Cat.
— Przestań. — Roześmiałam się głośno.
— Chcę go koniecznie poznać.
A pod słowem „poznać" kryło się przefiltrowanie całego życia chłopaka od samych narodzin.
— Postaram się. — Oparłam komórkę o ramię, zapinając guzik u spodni.
— Trzymam cię za słowo. — Czułam przez telefon jak jej twarz rozświetla uśmiech.
Szybko się z nią pożegnałam. Założyłam w ekspresowym tempie bluzkę. Rzuciłam okiem na zegar i aż się zachłysnęłam powietrzem.
Za trzy minuty ósma!
Porwałam z wieszaka czarną bluzę, po czym zbiegłam po schodach na hol. Wciągnęłam na stopy trampki, które kolorem idealnie pasowały do mojego stroju.
Teraz, będąc ubrana całkowicie na jeden odcień, zrozumiałam czemu bliźniacy ciągle chodzą na czarno. Czułam się niezwykle pewna siebie. Mogłam wręcz podbijać świat.
Obejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam dobrze.
Nie musiałam informować Sarę, o tym, że wychodzę. I tak ją to nie obchodzi.
Na moje usta wpłynął szeroki uśmiech, kiedy, wychodząc z domu ujrzałam lśniący, śnieżnobiały Lexus stojący na ulicy przed budynkiem. Wpakowałam się na przednie siedzenie, posyłając kierowcy nieśmiały uśmieszek.
— Cześć — powiedział rozbrajającym tonem, od którego zmiękły mi nogi. Gdybym stała, z hukiem wylądowałabym na ziemi.
— Witaj, sir Traynorze — przywitałam się, parodiując chłopaka. — Dziękuję za punktualne przybycie swoją karocą.
— Do usług, lady Paige — ruszył autem przez Fairfield Street. — Karoca wręcz lśni swoim blaskiem, czyż nie?
— Oj, nie chwal się swoim samochodem. — Pokazałam mu język i przy okazji zapięłam pasy.
— Nie podoba ci się?
— Uwielbiam Lexusy, a szczególnie białe. — Patrzyłam jak jedną ręką przerzucał biegi, a drugą trzymał na kierownicy.
Miał na głowie założoną czerwono-szarą czapkę z daszkiem, która po części ogarniała jego niesforne kosmyki. Wąska, szara koszulka była idealnie wyprofilowana na jego smukły tors. Na nogach zauważyłam czarne spodnie. Wyglądał bardzo dobrze.
— Ja wiem, że wyglądam bajecznie, ale nie musisz mnie pożerać wzrokiem — rzucił z cwanym uśmieszkiem, a ja odwróciłam głowę, czerwieniąc się na policzkach.
— Nie zachowuj się jak narcyz — skomentowałam jego aroganckie zachowanie.
Roześmiał się szczerym śmiechem.
— Postaram się, lady Paige.
— Dokąd jedziemy? — wyglądałam przez szybę, obserwując okolicę.
Wjeżdżaliśmy właśnie na autostradę Roosevelt Blvd, kierując się na południe ku centrum.
Słońce wręcz wisiało nad horyzontem, oświetlając krajobraz złożony z wysokich drapaczy chmur, zwykłych budynków oraz samochodów pędzących autostradą.
— Lubisz nachos lub taco? — Błysnął zębami w uśmiechu.
— Taco! — zawołałam z entuzjazmem.
Chłopak udał, że starł pot z czuła i odetchnął z ulgą.
— Moja intuicja znów mnie nie myliła — wyznał z niezwykłą pewnością siebie.
Przy Jeffie czułam się strasznie szczęśliwa. Jego obecność tak na mnie działała. Powoli zapominałam o feralnym popołudniu. Właśnie tego chciałam, choć na początku nie zgadzałam się na spotkanie. Byłam naprawdę wdzięczna chłopakowi.
Po blisko dwudziestu minutach jazdy samochodem zjechaliśmy na parking przed knajpę o nazwie „Niebieski Kaktus". Wybuchnęłam śmiechem na widok szyldu.
— Kto to tak nazwał?
— Mój przyjaciel. — Rzucił mi rozbawione spojrzenie, po czym zmierzył mnie wzrokiem - Ubrałaś się idealnie pod względem kolorystycznym, jak i estetycznym.
— Nie mam pojęcia co mam odpowiedzieć na taki wyszukany komplement, sir Jeffreyu.
— Po prostu podziękuj, lady Riley — poprowadził mnie do wejścia i niczym prawdziwy dżentelmen, otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do środka.
Wnętrze było utrzymywane w pomarańczowo-niebieskich kolorach. Boksy ze stolikami biegły wzdłuż jaskrawych ścian. Było tu mnóstwo ozdób oraz wzorów związanych z Meksykiem. Metrowe figury kaktusów, wiszące sombrero i poncho na ścianach. Na drugim końcu lokalu mieścił się bar.
Zajęliśmy z Jeffreyem jeden ze stolików. Usiadłam naprzeciwko niego. Bawił się właśnie figurką kaktusa, kiedy podeszła do nas kelnerka. Ubrana w nienaganny uniform wyglądała całkiem ładnie. Miałam wrażenie, że była w podobnym wieku co ja.
— Witamy w „Niebieskim Kaktusie". Co podać? — Zmierzyła mnie obojętnym spojrzeniem zielonych oczu.
— Dla mnie taco, churros z sosem oraz lemoniada.
— A dla pana? — Kelnerka zwróciła wzrok ku mojemu towarzyszowi, gdy nagle zaskoczona zawołała. — Jeffie! Co cię do nas sprowadza?
— Wpadłem w odwiedziny. Długo mnie tu nie było. — Uśmiechnął się do niej, a ja stłumiłam w sobie nieprzyjemne uczucie. — Riley, poznaj moją koleżankę, Cheryl Montgomery. Cheryl to Riley Paige.
Skinęłam głową w stronę kelnerki po nieumiejętnym przedstawieniu nas przez Jeffa. Dziewczyna rzuciła mi tylko nikły uśmiech, a ja żałowałam, że nie nałożyłam makijażu, bo czułam się przy niej jak brzydkie kaczątko.
Po złożeniu zamówienia przez Traynora obserwowałam jak Cheryl wraca do kuchni, kręcąc biodrami. Nie podobała mi się. Byłam zdania, że co rude to wredne i chyba znów znalazłam potwierdzenie tej tezy. Najgorsze było to, że Cheryl była ładna. Rude włosy, które połyskiwały miedzianym blaskiem wyglądały naturalne. Uniform podkreślał idealną figurę zaokrągloną tam gdzie trzeba. Ale i tak jej nie lubiłam. Wydawała się wredna.
Niespodziewanie moje myśli powędrowały w kierunku Chestera. Gdzie on teraz jest? Co on w tym momencie robi? Może został porwany? Albo co gorsza, zamordowany?
— Co ty taka zamyślona? — Do moich uszu dotarł niski głos mojego towarzysza.
— Och, tak tylko... — Poprawiłam się na kanapie.
— Coś się stało? — Zmarszczył brwi, a ja popatrzyłam mu się prosto w oczy i wiedziałam, że nie mogę skłamać.
Potarłam twarz dłońmi.
— Mój przyjaciel zwiał dzisiaj ze szpitala.
— Chester? — Pokiwałam głową w odpowiedzi — Czemu?
— Nie mam pojęcia. Strasznie się o niego martwię. Nie ma go u żadnego ze znajomych. Jego rodzice też nie wiedzą dokąd mógłby uciec.
— Nie martw się. Policja go odnajdzie — posłał mi pokrzepiające spojrzenie.
Reszta wieczoru przebiegła w normalnej, radosnej atmosferze. Chłopak sypał żartami jak z rękawa, a ja nie mogłam opanować chichotu. Kiedy Cheryl przyniosła nasze zamówione jedzenie, Jeffrey opowiadał historię z dzieciństwa, a ja prawie płakałam ze śmiechu. Nie przejęłam się nawet tym chłodnym spojrzeniem kelnerki posłanym w moją stronę.
Było już grubo po dziewiątej, gdy poczułam jak telefon wibruje mi w kieszeni. Wyciągnęłam go i spojrzałam na wyświetlacz. Caleb.
— Słucham?
— Gdzie jesteś? — Zamrugałam zdziwiona na pytanie Shelby'ego.
— Hmm... Z kolegą w knajpie. Czemu się pytasz?
— Niech ten kolega ciebie pilnuje.
— Czemu? O co chodzi, Caleb? — Jeff momentalnie się spiął na dźwięk imienia jednego z braci.
— Ktoś zabił Dantego.
Czułam jak krew odpływa mi z twarzy, a z ust uformowała mi się litera „o". Traynor widząc moją reakcję, przesunął się bliżej mnie.
— Co? Jak? Przecież on był niezniszczalny.
Nie mogłam uwierzyć, że to prawda. W filmach bossowie mafii zawsze byli nie do zdarcia. Emanowali siłą, arogancją oraz bogactwem. Byli tymi najlepszymi. Nie rozstawali się z ochroną. Z opowieści bliźniaków, Dante wydawał się taki sam. Jeśli został zamordowany, to kto przejmie władzę nad mafią?
— Ktoś znalazł ich słaby punkt. — Byłam pewna, że na twarzy Caleba wykwitł właśnie grymas.
— Zaraz, zaraz... Czemu mi to mówisz?
— Ja z Calvinem myślimy, że ktoś będzie polował także na Harrisona. Doskonale wiesz, że twój ojciec jest kimś ważnym. A ty jesteś jego córką. Boimy się, że ktoś może się tobą posłużyć w złych zamiarach.
— Przecież prawie nikt mnie nie zna! — zawołałam z rosnącym przerażeniem.
— Uwierz mi, teraz każdy cię kojarzy. — Jego słowa zabrzmiały złowrogo, aż dostałam gęsiej skórki.
— Gdzie jesteście? Zaraz do was przyjadę.
— Nie ma mowy, że do nas przyjedziesz. To zbyt niebezpieczne.
Caleb z początku nie chciał powiedzieć adresu, ale kiedy go lekko przycisnęłam, podkreślając, że jestem córką TEGO Harrisona, z wielkim trudem podał mi nazwę ulicy.
— Co się dzieje, Riley? — Jeff był równie jak ja zaniepokojony.
— Dante nie żyje. — W jego oczach zabłysło autentyczne przerażenie. — Podwieziesz mnie do centrum?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz