8/29/2017

Rozdział 4. Niebieski Kaktus

Wpatrywałam się tępo w oczy Jeffreya. Wszystko wydawało się takie... nierealne. Tak czy siak, poczułam niewyobrażalną ulgę, widząc chłopaka.
— Co ty robisz pod łóżkiem? — Pod wpływem jego pytania oraz zdziwionego wzroku poczułam jak rumieńce wpełzają mi na policzki
— No wiesz, tak sobie leżę. — Posłałam mu sztywny uśmiech, próbując wyglądać normalnie.
— Pod łóżkiem? — zapytał, wbijając we mnie rozbawione spojrzenie.
— Dokładnie. — Pokiwałam energicznie głową, nieopatrznie uderzając się w metalowy stelaż.
Jęknęłam, masując się w tył głowy. Kolejny guz do kolekcji, pomyślałam ponuro.
— Wyjdziesz może czy tak będziemy rozmawiać?
— Dobry pomysł. Daj mi chwilkę.
Z trudem wyczołgałam się spod materacu, a w tym czasie chłopak podniósł się z kucków. Otrzepałam się z kurzu i stanęłam naprzeciwko Jeffreya.
— Czemu tam się ukrywałaś? — Wskazał owe nieszczęsne łóżko.
— Myślałam, że ktoś się włamuje — odburknęłam, zakładając ręce na piersi.
Czułam się jak ostatnia idiotka. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy spod niej nie wracać.
— Wybacz, że wszedłem oknem. Nie chciałem ryzykować, wchodząc normalnie drzwiami. — Wzruszył lekceważąco ramionami.
— Czemu ryzykować? Jestem sama w domu — wypaliłam, nim ugryzłam się w język.
Nie znałam za dobrze Jeffreya, toteż nie za bardzo mu ufałam i nie powinnam mu mówić takich rzeczy.
— Nie ma Harrisona? — spytał, marszcząc brwi.
— Harrison z nami nie mieszka. — Wywróciłam oczami.
— Dlaczego?
— Długa historia. Powiem tylko, że mieszkam tylko z mamą — odpowiedziałam, próbując brzmieć obojętnie, gdyż pytania o moją sytuację rodzinną powoli mnie zaczęły irytować.
— Jasne. — pokiwał w zrozumieniu głową.
— Następnym razem nie strasz mnie tak — westchnęłam, siadając na łóżku.
Jeffrey wybrał sobie krzesło znajdujące się obok biurka. Obrócił je tyłem w moją stronę i usiadł, opierając się rękoma o oparcie.
— Postaram się. — Posłał mi łobuzerski uśmiech - Wyszedłem z wprawy. Ostatnio nie wspinałem się po starych drzewach.
— Ej, skąd wiesz, gdzie mieści się mój pokój? Przecież jesteś tutaj pierwszy raz! — Spojrzałam na niego z niepokojem.
— Improwizowałem. Serio. Zauważyłem, że jest jedne otwarte okno, a do tego obok rosło drzewo, więc czemu by nie skorzystać? — rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
— Dobra, nieważne. Czekam na wyjaśnienia, o których mówiłeś w sklepie. — Z jego twarzy zszedł momentalnie uśmiech.
— Wiesz czym zajmuje się twój ojciec? — zapytał nieco ostro.
— Tak, jest w tym całym gangu...
Lekko się zdziwiłam faktem, że Jeffrey zna mojego ojca i wie o jego „pracy".
Posłał mi kwaśny uśmiech.
— To prawda. Czyli o wszystkim wiesz i nie muszę ci tłumaczyć? — W odpowiedzi skinęłam głową — Czemu dopiero teraz zaczęłaś się z nim widzieć, Riley? Wcześniej nikt nie wiedział, że ma w ogóle córkę.
Przełknęłam nerwowo ślinę. Czyli będę musiała mu wszystko opowiedzieć, a nie miałam ochoty tego robić. Odchrząknęłam.
— Słuchaj, to dość dziwna sprawa... — zaczęłam niepewnie — W tamten wtorek byłam z moim przyjacielem na imprezie. Kiedy wracaliśmy, natknęliśmy się na podejrzanych typków. Jeden z nich zranił Chestera, a mnie zabrali do ich klika, którym się okazał Harrison. On... on po prostu oznajmił, że jest moim tatą. Uwierz mi, nadal to dla mnie szok. Dotąd mieszkałam tylko z mamą, a ona nie chciała nic powiedzieć o Harrisonie... — Zgarbiłam się pod natłokiem wspomnień, ale po chwili się wyprostowałam. — Jak mi nie wierzysz możesz go się o to zapytać.
Ostatnie słowa zabrzmiały zbyt ostro. Jeffrey siedział skupiony, słuchając uważnie mojej opowieści.
Kiedy skończyłam mówić, pokręcił głową.
— Nie mogę się go zapytać. Nawet nie mogę z nim rozmawiać. Jest moim wrogiem — wypowiedział słowa gładko, bez żadnego zająknięcia.
Już otwierałam usta, aby się zapytać, czemu jest jego wrogiem, ale nagle coś mi przyszło do głowy. Doskonale pamiętałam co powiedział Calvin, kiedy jechaliśmy do szpitala, aby odwiedzić Chestera. „Gangiem są te szumowiny z Kensingston. Prawdziwa patologia." Z jego wypowiedzi wynikało, że mają na pieńku z ludźmi z Kensingston. Czyżby Jeffrey był w tym gangu?
— CZY TY JESTEŚ Z GANGU?! — wrzasnęłam, gwałtownie podrywając się z łóżka.
Rzucił mi rozbawione spojrzenie.
— Czyli o nas też słyszałaś. — Westchnął.
— Cholera jasna, muszę zadzwonić po Harrisona albo po bliźniaków — jęczałam, szukając telefonu, gdy nagle odwróciłam się jak oparzona w kierunku chłopaka. — Czy ty chcesz zrobić mi krzywdę?!
Przeraziła mnie myśl, że Jeff może mnie w jakiś sposób skrzywdzić. W jednej chwili straciłam do niego jakiekolwiek zaufanie. Nie sądziłam, że i on jest w to wszystko zamieszany. Dotąd wydawał mi się zwykłym chłopakiem, a okazało się, że należy do gangu. Do tego jego wrogiem jest mój ojciec. To jest jakiś chory absurd, pomyślałam. Czemu to tak nagle na mnie spadło? Czemu Harrison to wszystko skomplikował?
Jeffrey przyglądał mi się z pewną dawką niezadowolenia. Najpewniej poczuł się urażony moimi słowami. Zacisnął usta w wąską kreskę.
— Po pierwsze, jeśli chciałbym cię zabić, już bym to zrobił. Po drugie, Shelby są słabi. A po trzecie, przyszedłem tutaj, aby otrzymać informacje. — wydawał się strasznie oziębły, kiedy mówił. — I nie jestem taki jak reszta tego cholernego gangu, ale ty mnie wrzuciłaś do jednego worka.
Momentalnie zrobiło mi się głupio. Nie znałam za dobrze Jeffreya. Nawet nie powiedziałabym, że jest z Kensingston. Nie zachowywał się tak jak Loic i nawet w żadnym calu go nie przypomniał. Było mi wstyd jak nigdy dotąd. Nie lubiłam oceniać ludzi pochopnie, ale to właśnie przed chwilą zrobiłam.
— Jeff, przepraszam, ale zrozum mnie co ja czuję. Najpierw po osiemnastu latach pojawił się mój zaginiony ojciec, który okazał się należeć do okolicznej mafii, moja matka ćpa i to już od dawna, a mój przyjaciel leży w szpitalu, bo... bo też ćpa... — Schowałam twarz w dłoniach, opadając bezsilnie z powrotem na łóżko.
Wyparowała ze mnie wszelka energia. Czułam się wykończona oraz miałam wielką ochotę pójść spać i zapomnieć o tej chorej sytuacji. Nawet nie wiedziałam czemu żaliłam się Jeffreyowi, którego znam ledwo dwa dni. Powinnam o tym wszystkim powiedzieć Catrine, której bezgranicznie ufałam. Nie rozumiałam swojego zachowania.
Nie oderwałam dłoni nawet wtedy, kiedy chłopak usiadł koło mnie. Zarzucił rękę na moje ramię i lekko przycisnął mnie do swojego torsu.
— Nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. Zresztą, znów — jego głos brzmiał kojąco i miękko. - Kiedy cię zobaczyłem z Harrisonem pomyślałem, że jesteś szpiegiem. Później podsłuchałem, że jesteście rodziną. Nie zdarza się na co dzień, że jeden z ważniejszych klików Sharkeyes z dnia na dzień odnajduje córkę.
— Ja szpiegiem? — spojrzałam badawczo na chłopaka, czy aby się ze mnie nie nabija.
— Wiem jak to głupio brzmi. — Uśmiechnął się pod nosem.
— Czemu nie jesteś taki jak typowi członkowie gangów? Myślałam, że w kartelach są tylko groźni, napakowani goście, a tu proszę. Chociaż bliźniacy też odstają pod tym względem.
— Po prostu jestem inny. Nie zamierzam krzywdzić innych, a tym bardziej ciebie.
— A Tucker? Też należy do gangu? — zapytałam, nagle przypominając sobie o jego przyjacielu.
Pokiwał ponuro głową.
— Tucker o wiele bardziej do nich pasuje niż ja, ale nie narzekam.
— Rozumiem.
— Nie uwierzysz, ale chcę utrzymywać z tobą kontakt. I nie z powodu, że mógłbym cię wypytywać o plany Harrisona, a o zwykłą chęć przyjaźni. Wydajesz się miła.
— Miła? — Rozbawiona podniosłam brew.
— No, na domówce byłaś bardzo sympatyczna, choć mało rozmawialiśmy. — Rzucił mi rozbawione spojrzenie.
Jeffrey wyszedł dopiero po dziesiątej. Zwinnie wyskoczył przez okno na wystającą gałąź drzewa, bo nadal twierdził, że wyjście drzwiami jest ryzykowne. Krótko po tym opatuliłam się kołdrą i zapadłam w twardy sen.


Następne dni były w miarę spokojne. Ten tydzień mogłam ocenić jako urywek z życia zwykłej nastolatki. Szkoła, praca, dom, a czasami nawet szpital. Tak wyglądała moja codzienność. Aż wreszcie nastała sobota, a spokój diabli wzięło.
Szłam szpitalnym korytarzem położonym na trzecim piętrze. W ręku trzymałam torbę wypełnioną słodyczami, którą chciałam podarować Chesterowi, bo żalił mi się, że od dawna nie jadł nic co znacznie podniesie mu cukier we krwi. Mendes miał jeszcze parę dni poleżeć w szpitalu ze względu na jego bark, z którym niestety powstały pewne komplikacje. Jednak chłopak czuł się wyśmienicie, tryskał energią i pozytywnym nastawieniem. Nie tylko ja go odwiedzałam. Często u niego przesiadywali jego rodzice, znajomi oraz rodzeństwo. Nie pytałam się o narkotyki. Wiem, że to był dla niego zbyt drażliwy temat.
Popchnęłam drzwi z numerem sto osiemnaście.
— Chester, nie uwie-
Przerwałam wpół zdania, rozglądając się z przerażeniem. Nie było go. Nigdzie go nie było!
Łóżko było nieusłane, jakby ktoś nagle gwałtownie wstał. Z otwartego na oścież okna wpadały do środka promienie słoneczne. Był zakaz otwierania okna przez pacjentów. Nawet w nich pozabierali klamki, aby nikt o to się nie pokusił. Podbiegłam do łóżka i otworzyłam szafkę nocną, w której zwykle Chester trzymał swoje rzeczy. Okazała się pusta, nie licząc parę papierków po gumach. Z narastającą gulą w gardle stwierdziłam, że nigdzie nie było jego rzeczy ani ubrań. On nie mógł pójść do łazienki, przy okazji zabierając wszystkie swoje manatki. Wyjrzałam przez otwarte okno. Czy on wyskoczył przez nie? Nie było tu nawet, o co się zaczepić, aby spokojnie zejść, i do tego znajdowaliśmy się dwadzieścia metrów nad ziemią.
Zaalarmowałam szybko pielęgniarki o nieobecności chłopaka. Nie miałam pojęcia, jakim cudem oni mogli przegapić ucieczkę Mendesa. To było nie do pomyślenia. Jakim, do cholery, cudem nie zobaczyli uciekającego nastolatka?
Później wszystko działo się szybko niczym w przyśpieszonym tempie.
Do szpitala przyjechali jego rodzice. Państwo Mendes byli tak samo zdruzgotani, jak ja. Byłam bezradna, że w żaden sposób nie mogę pomóc odnaleźć Chestera.
Zrezygnowana usiadłam na krześle stojącym na korytarzu tuż obok sali sto osiemnaście. Teraz kręciło się tutaj mnóstwo osób. Przyjechała nawet policja zaalarmowana przez szpital o ucieczce chłopaka. Łzy cisnęły mi się do oczu. Wciąż kurczowo trzymałam torebkę ze słodyczami. To miała być spokojna sobota. Czemu wszystko zaczęło się komplikować?
Rozpłakałam się na dobre.
Najbardziej bolała mnie myśl, że nic mi nie powiedział. Przecież byliśmy przyjaciółmi, prawda?



— Jeff, ja naprawdę nie jestem w humorze na spotkanie — westchnęłam, słysząc jak Jeffrey nalega na wypad do knajpy na kolację.
— Bardzo proszę, Riley! Rozerwiesz się trochę. Obiecuję, że nie będę z ciebie się śmiał. — Przez telefon doskonale słyszałam jego błagalny ton. Chyba mu naprawdę zależy na spotkaniu.
— Przyjedź za dwadzieścia minut. — Podniosłam jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu.
— Oczywiście, lady Paige. Sir Traynor przyjedzie swoją karocą punktualnie o ósmej wieczorem na Fairfield Street. — Rozłączyłam się z uśmiechem na ustach.
Jeff umiał rozbawić nawet największego smutasa. Dotychczas tylko pisaliśmy przez telefon, ale dzisiaj chłopak zaproponował spędzenie razem paru godzin. W tygodniu na spotkania nie mieliśmy bardzo czasu. Ja chodziłam do szkoły oraz do pracy, a on wypełniał tajemnicze „obowiązki" w gangu, jak to ujął.
Od razu bym się chętnie zgodziła, gdyby nie dzisiejszy incydent Chestera. Dręczył mnie ciągle niepokój o przyjaciela i przez niego nie mogłam na niczym się skupić. Nawet na zrobieniu prezentacji na marketing. Miałam nadzieję, że w obecności Jeffreya zapomnę o Mendesie.
Odświeżyłam się w łazience, próbując skupić się na czymś innym niż na Chesterze. Związałam swoje jasne włosy w kucyk, który później, po krótkim namyśle, przekształciłam w kok. Twarz zostawiłam taką, jaka jest, po czym ruszyłam do pokoju. Wybieranie ubioru jest najgorszą częścią przygotowań.
Wbiłam nieobecny wzrok w szarą bluzę i westchnęłam znużona. Zamknęłam oczy, po czym zaczęłam grzebać na oślep w szafie w poszukiwaniu idealnych ubrań na spotkanie. Najpierw wyłowiłam czarną koszulkę, a następnie spodnie takiego samego koloru.
Wystukałam na telefonie numer Catrine.
— Jak myślisz czarne ciuchy są dobre na spotkanie ze znajomym? — zadałam pytanie, nie czekając na przywitanie.
— No tak nie za bardzo. Słyszałam, że czarny wyszczupla. — Zachichotała.
— To są idealne dla mnie — mruknęłam pod nosem.
— Z kim się umówiłaś? Czuję się zazdrosna. — W jej głosie zabrzmiało oskarżenie, choć doskonale wiedziałam, że żartowała.
— Ze znajomym... — odpowiedziałam lakonicznie, wciągając na nogi dżinsy.
— Powiedzpowiedzpowiedz... — wywróciłam oczami na dziecinne prośby przyjaciółki.
— Jeffrey Traynor.
— Nie kojarzę, kto to?
— To ten trzeźwy kolega chłopaka, który cię podrywał na imprezie u Zoey.
Do moich uszu doszło głośne: „Uuuuuuu!" w wykonaniu Cat.
— Przestań. — Roześmiałam się głośno.
— Chcę go koniecznie poznać.
A pod słowem „poznać" kryło się przefiltrowanie całego życia chłopaka od samych narodzin.
— Postaram się. — Oparłam komórkę o ramię, zapinając guzik u spodni.
— Trzymam cię za słowo. — Czułam przez telefon jak jej twarz rozświetla uśmiech.
Szybko się z nią pożegnałam. Założyłam w ekspresowym tempie bluzkę. Rzuciłam okiem na zegar i aż się zachłysnęłam powietrzem.
Za trzy minuty ósma!
Porwałam z wieszaka czarną bluzę, po czym zbiegłam po schodach na hol. Wciągnęłam na stopy trampki, które kolorem idealnie pasowały do mojego stroju.
Teraz, będąc ubrana całkowicie na jeden odcień, zrozumiałam czemu bliźniacy ciągle chodzą na czarno. Czułam się niezwykle pewna siebie. Mogłam wręcz podbijać świat.
Obejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam dobrze.
Nie musiałam informować Sarę, o tym, że wychodzę. I tak ją to nie obchodzi.
Na moje usta wpłynął szeroki uśmiech, kiedy, wychodząc z domu ujrzałam lśniący, śnieżnobiały Lexus stojący na ulicy przed budynkiem. Wpakowałam się na przednie siedzenie, posyłając kierowcy nieśmiały uśmieszek.
— Cześć — powiedział rozbrajającym tonem, od którego zmiękły mi nogi. Gdybym stała, z hukiem wylądowałabym na ziemi.
— Witaj, sir Traynorze — przywitałam się, parodiując chłopaka. — Dziękuję za punktualne przybycie swoją karocą.
— Do usług, lady Paige — ruszył autem przez Fairfield Street. — Karoca wręcz lśni swoim blaskiem, czyż nie?
— Oj, nie chwal się swoim samochodem. — Pokazałam mu język i przy okazji zapięłam pasy.
— Nie podoba ci się?
— Uwielbiam Lexusy, a szczególnie białe. — Patrzyłam jak jedną ręką przerzucał biegi, a drugą trzymał na kierownicy.
Miał na głowie założoną czerwono-szarą czapkę z daszkiem, która po części ogarniała jego niesforne kosmyki. Wąska, szara koszulka była idealnie wyprofilowana na jego smukły tors. Na nogach zauważyłam czarne spodnie. Wyglądał bardzo dobrze.
— Ja wiem, że wyglądam bajecznie, ale nie musisz mnie pożerać wzrokiem — rzucił z cwanym uśmieszkiem, a ja odwróciłam głowę, czerwieniąc się na policzkach.
— Nie zachowuj się jak narcyz — skomentowałam jego aroganckie zachowanie.
Roześmiał się szczerym śmiechem.
— Postaram się, lady Paige.
— Dokąd jedziemy? — wyglądałam przez szybę, obserwując okolicę.
Wjeżdżaliśmy właśnie na autostradę Roosevelt Blvd, kierując się na południe ku centrum.
Słońce wręcz wisiało nad horyzontem, oświetlając krajobraz złożony z wysokich drapaczy chmur, zwykłych budynków oraz samochodów pędzących autostradą.
— Lubisz nachos lub taco? — Błysnął zębami w uśmiechu.
— Taco! — zawołałam z entuzjazmem.
Chłopak udał, że starł pot z czuła i odetchnął z ulgą.
— Moja intuicja znów mnie nie myliła — wyznał z niezwykłą pewnością siebie.
Przy Jeffie czułam się strasznie szczęśliwa. Jego obecność tak na mnie działała. Powoli zapominałam o feralnym popołudniu. Właśnie tego chciałam, choć na początku nie zgadzałam się na spotkanie. Byłam naprawdę wdzięczna chłopakowi.
Po blisko dwudziestu minutach jazdy samochodem zjechaliśmy na parking przed knajpę o nazwie „Niebieski Kaktus". Wybuchnęłam śmiechem na widok szyldu.
— Kto to tak nazwał?
— Mój przyjaciel. — Rzucił mi rozbawione spojrzenie, po czym zmierzył mnie wzrokiem - Ubrałaś się idealnie pod względem kolorystycznym, jak i estetycznym.
— Nie mam pojęcia co mam odpowiedzieć na taki wyszukany komplement, sir Jeffreyu.
— Po prostu podziękuj, lady Riley — poprowadził mnie do wejścia i niczym prawdziwy dżentelmen, otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do środka.
Wnętrze było utrzymywane w pomarańczowo-niebieskich kolorach. Boksy ze stolikami biegły wzdłuż jaskrawych ścian. Było tu mnóstwo ozdób oraz wzorów związanych z Meksykiem. Metrowe figury kaktusów, wiszące sombrero i poncho na ścianach. Na drugim końcu lokalu mieścił się bar.
Zajęliśmy z Jeffreyem jeden ze stolików. Usiadłam naprzeciwko niego. Bawił się właśnie figurką kaktusa, kiedy podeszła do nas kelnerka. Ubrana w nienaganny uniform wyglądała całkiem ładnie. Miałam wrażenie, że była w podobnym wieku co ja.
— Witamy w „Niebieskim Kaktusie". Co podać? — Zmierzyła mnie obojętnym spojrzeniem zielonych oczu.
— Dla mnie taco, churros z sosem oraz lemoniada.
— A dla pana? — Kelnerka zwróciła wzrok ku mojemu towarzyszowi, gdy nagle zaskoczona zawołała. — Jeffie! Co cię do nas sprowadza?
— Wpadłem w odwiedziny. Długo mnie tu nie było. — Uśmiechnął się do niej, a ja stłumiłam w sobie nieprzyjemne uczucie. — Riley, poznaj moją koleżankę, Cheryl Montgomery. Cheryl to Riley Paige.
Skinęłam głową w stronę kelnerki po nieumiejętnym przedstawieniu nas przez Jeffa. Dziewczyna rzuciła mi tylko nikły uśmiech, a ja żałowałam, że nie nałożyłam makijażu, bo czułam się przy niej jak brzydkie kaczątko.
Po złożeniu zamówienia przez Traynora obserwowałam jak Cheryl wraca do kuchni, kręcąc biodrami. Nie podobała mi się. Byłam zdania, że co rude to wredne i chyba znów znalazłam potwierdzenie tej tezy. Najgorsze było to, że Cheryl była ładna. Rude włosy, które połyskiwały miedzianym blaskiem wyglądały naturalne. Uniform podkreślał idealną figurę zaokrągloną tam gdzie trzeba. Ale i tak jej nie lubiłam. Wydawała się wredna.
Niespodziewanie moje myśli powędrowały w kierunku Chestera. Gdzie on teraz jest? Co on w tym momencie robi? Może został porwany? Albo co gorsza, zamordowany?
— Co ty taka zamyślona? — Do moich uszu dotarł niski głos mojego towarzysza.
— Och, tak tylko... — Poprawiłam się na kanapie.
— Coś się stało? — Zmarszczył brwi, a ja popatrzyłam mu się prosto w oczy i wiedziałam, że nie mogę skłamać.
Potarłam twarz dłońmi.
— Mój przyjaciel zwiał dzisiaj ze szpitala.
— Chester? — Pokiwałam głową w odpowiedzi — Czemu?
— Nie mam pojęcia. Strasznie się o niego martwię. Nie ma go u żadnego ze znajomych. Jego rodzice też nie wiedzą dokąd mógłby uciec.
— Nie martw się. Policja go odnajdzie — posłał mi pokrzepiające spojrzenie.
Reszta wieczoru przebiegła w normalnej, radosnej atmosferze. Chłopak sypał żartami jak z rękawa, a ja nie mogłam opanować chichotu. Kiedy Cheryl przyniosła nasze zamówione jedzenie, Jeffrey opowiadał historię z dzieciństwa, a ja prawie płakałam ze śmiechu. Nie przejęłam się nawet tym chłodnym spojrzeniem kelnerki posłanym w moją stronę.
Było już grubo po dziewiątej, gdy poczułam jak telefon wibruje mi w kieszeni. Wyciągnęłam go i spojrzałam na wyświetlacz. Caleb.
— Słucham?
— Gdzie jesteś? — Zamrugałam zdziwiona na pytanie Shelby'ego.
— Hmm... Z kolegą w knajpie. Czemu się pytasz?
— Niech ten kolega ciebie pilnuje.
— Czemu? O co chodzi, Caleb? — Jeff momentalnie się spiął na dźwięk imienia jednego z braci.
— Ktoś zabił Dantego.
Czułam jak krew odpływa mi z twarzy, a z ust uformowała mi się litera „o". Traynor widząc moją reakcję, przesunął się bliżej mnie.
— Co? Jak? Przecież on był niezniszczalny.
Nie mogłam uwierzyć, że to prawda. W filmach bossowie mafii zawsze byli nie do zdarcia. Emanowali siłą, arogancją oraz bogactwem. Byli tymi najlepszymi. Nie rozstawali się z ochroną. Z opowieści bliźniaków, Dante wydawał się taki sam. Jeśli został zamordowany, to kto przejmie władzę nad mafią?
— Ktoś znalazł ich słaby punkt. — Byłam pewna, że na twarzy Caleba wykwitł właśnie grymas.
— Zaraz, zaraz... Czemu mi to mówisz?
— Ja z Calvinem myślimy, że ktoś będzie polował także na Harrisona. Doskonale wiesz, że twój ojciec jest kimś ważnym. A ty jesteś jego córką. Boimy się, że ktoś może się tobą posłużyć w złych zamiarach.
— Przecież prawie nikt mnie nie zna! — zawołałam z rosnącym przerażeniem.
— Uwierz mi, teraz każdy cię kojarzy. — Jego słowa zabrzmiały złowrogo, aż dostałam gęsiej skórki.
— Gdzie jesteście? Zaraz do was przyjadę.
— Nie ma mowy, że do nas przyjedziesz. To zbyt niebezpieczne.
Caleb z początku nie chciał powiedzieć adresu, ale kiedy go lekko przycisnęłam, podkreślając, że jestem córką TEGO Harrisona, z wielkim trudem podał mi nazwę ulicy.
— Co się dzieje, Riley? — Jeff był równie jak ja zaniepokojony.
— Dante nie żyje. — W jego oczach zabłysło autentyczne przerażenie. — Podwieziesz mnie do centrum?

8/27/2017

Rozdział 3. Fairfield Street

Cause we all get lost sometimes, you know?
It's how we learn and how we grow
And I wanna lay with you 'til I'm old
You shouldn't be fighting on your own.

Upiłam kolejny łyk coli, siedząc przy wyspie kuchennej. Podrygiwałam w rytm piosenki Justina Biebera płynącej z głośników.

W kuchni znajdowała się tylko garstka osób, większość tańczyła w salonie albo balowała nad basenem w ogrodzie.

Było już po północy, a ja nadal byłam trzeźwa. Czego nie mogłam powiedzieć o Catrine, która zniknęła pięć minut temu w łazience. Grey wlała w siebie parę drinków oraz dwie puszki piwa. Na szczęście jeszcze się nie zataczała ani nie bełkotała.

— Hej misiu. — Usłyszałam bełkoczący, męski głos tuż obok mnie.

Spojrzałam w bok i zauważyłam chłopaka siadającego na sąsiednim stołku. Posłał mi spojrzenie, które miało być pociągające. Było widać jak na dłoni, że tego wieczoru nieźle sobie popił.
— Znamy się?
Chłopak miał kręcone, ciemne włosy i niebiesko-zielone oczy. Wystające kości policzkowe ładnie zarysowywały policzki. Mógł być przystojny, gdyby nie zamroczony wyraz twarzy oraz mętne spojrzenie.
— Niee, ale możemy się poznać. — Rozszerzył usta w obrzydliwym uśmiechu.
Mimowolnie się skrzywiłam, kiedy dotarł do mnie odór alkoholu. Już miałam wstać i odejść, kiedy ktoś zawołał:
— Tucker! Ty debilu!
Nagle znalazł się nad nim drugi chłopak, uderzając go gwałtownie w ramię.

— Daj mi spokój, stary — jęknął przeciągle siedzący.
Drugi towarzysz zdawał się trzeźwy. Wyglądał jak zwykły chłopak z sąsiedztwa. Lekko podłużna twarz, nos jak ziemniak, brązowa czupryna włosów i tego samego koloru oczy.
— Jesteś pijany, debilu. Jak mam ci dać spokój? — warknął.
Wydawał się wkurzony na swojego przyjaciela. A później zauważył mnie, a jego twarz złagodniała.
— Och, przepraszam za mojego kumpla. Nie mam pojęcia co on mógł ci nagadać.

Uśmiechnęłam się pod nosem.
— Chciał się tylko zapoznać. — Spojrzałam na Tuckera, który schował twarz w dłoniach w wyrazie zmęczenia.
— Dzięki Bogu, że tylko tyle. — Odetchnął z udawaną ulgą. - Jestem Jeffrey, a ten pijany to Tucker.
— Riley, miło mi.
— Nie jestem pijany — zaprotestował Tucker, odklejając dłonie od twarzy.
Obserwowałam jak Jeff podnosi brwi.
— Postaram się, abyś na czole miał wytatuowane „Jestem debilem", a dopiero potem porozmawiamy o twoich promilach — prychnął, chwytając go za ramiona.
— Nie jestem pijany ani nie jestem debilem — mruknął, ostrożnie podnosząc się ze stołka i stawiając chwiejne kroki na posadzce w stronę wyjścia.
— No to do zobaczenia, Riley. — Jeff rzucił mi wesołe spojrzenie, po czym ruszył za Tuckerem.
W głowie mi lekko się kręciło od nadmiaru emocji. Pociągnęłam kolejny łyk z plastikowego kubka, przypominając sobie nagle o Catrine. Lekko się zaniepokoiłam nieobecnością dziewczyny. Gdzie ona jest do cholery? Wciągnęła ją toaleta, kiedy spuszczała wodę?

Zeskoczyłam ze stołka i wyszłam z pomieszczenia. Przepychałam się z trudem przez roztańczony tłum. Zaczęły mnie irytować napierające na mnie ciała. Mogliby tak się odsunąć, pomyślałam.
Kiedy wyszłam na hol, zostałam dość niecodzienny oraz komiczny widok. Na schodach stała Catrine, rozmawiając z Tuckerem, którego próbował odciągnąć Jeffrey. Chociaż „rozmawiać" to złe określenie. To raczej Tucker kleił się do Grey, zasypując ją wszelkimi komplementami. Jeff wbijał wzrok w przyjaciela wyraźnie zdenerwowany. Dopiero teraz zauważyłam, że Jeffrey jest niższy oraz smuklejszy niż Tucker.
Cat z coraz większym zirytowaniem przyjmowała kolejne komplementy chłopaka. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Cała sytuacja była absurdalna i niezwykle zabawna w moim mniemaniu.
— Catrine! — krzyknęłam w kierunku przyjaciółki, podchodząc bliżej.
Spojrzała na mnie z ulgą w oczach. Zeszła po schodach, omijając bełkoczącego Tuckera.

— Jedźmy już stąd — szepnęła, a ja kiwnęłam głową.
Z rozbawieniem obserwowałam jak Jeff otworzył drzwi wejściowe i przez nie wypchnął kumpla. Rzucił nam przepraszające spojrzenie, po czym zamknął przejście.

— Już się zbieramy czy jeszcze posiedzimy? — zapytałam się Catrine.
— Wracajmy już. Ten gość był opętany. — Pokręciła głową, mając na myśli Tuckera.
Zaśmiałam się.
— Po prostu zbyt dużo wypił.
Wyszłyśmy przed dom i skierowałyśmy się wzdłuż ulicy w poszukiwaniu samochodu Catriny.

W uszach wciąż mi dudniła energiczna muzyka, a ja dopiero na świeżym, nocnym powietrzu uświadomiłam sobie jaka byłam rozgrzana.
Wsiadłam za kierownicę błękitnego forda fiesty, a Cat zajęła miejsce pasażera. Opuściliśmy ulicę Devereaux Ave, mknąc na północ miasta.

Niedziela była słoneczna i ciepła. Tego dnia czułam się wręcz wyśmienicie. Miałam nadzieję, że nic nie popsuje mojego humoru. Umówiłam się dzisiaj z Harrisonem w centrum handlowym Roosevelt Mall. To miałoby być zwyczajne spotkanie ojca z córką.
Na miejsce dostałam się autobusem. Chociaż na tyle mogłam być niezależna. Owszem, miałam dość jeżdżenia autobusami, tramwajami czy metrem. Chciałabym mieć swój własny samochód. Kiedy o tym myślałam, czułam na sobie powiew wiatru wymieszany z prawdziwym uczuciem wolności. Wyobrażałam siebie w kabriolecie. Najlepiej w turkusowym z jasnymi, skórzanymi siedzeniami. To uczucie mknięcia przed siebie nie wiadomo gdzie. Mogłabym sobie robić wycieczki do New Jersey lub do Nowego Jorku. Pędziłabym autostradami, wymijając wolniejsze auta. Jednak był jeden szkopuł, a mianowicie, collage.
Od paru dobrych miesięcy zbierałam na niego pieniądze. Byłam pewna, że Sara do moich studiów się nie przyłoży. Sara dość dobrze zarabiała jako sprzedawczyni na stacji paliw. Miała nawet swoje auto. Może to był stary jak świat zielony dodge neon z rdzą porastającą na drzwiach, ale miała swój własny środek komunikacji. Nigdy nie dała mi się nim przejechać.

Przed oczami pojawiły mi się mętne wspomnienia z dzieciństwa. Kiedy byłam mała, jeszcze się mną w jakiś sposób opiekowała. Prała, gotowała, prasowała. A gdy podrosłam i się usamodzielniłam, musiałam radzić sobie sama. Nigdy nie okazywała w moim kierunku żadnych uczuć. Zwykle to była chłodna obojętność.
Na szczęście miałam państwo Grey oraz Catrine.
Otrząsając się z ponurych myśli, upiłam kolejny łyk cappuccino, po czym zagryzłam czekoladowym ciasteczkiem. Siedziałam w kącie małej, uroczej kawiarenki umiejscowionej obok sklepu odzieżowego Forever 21.
Wystrój wnętrza był nader spokojny. Tapeta na ścianach w stonowanych kolorach brązu oraz beżu. Okrągłe, drobne stoliczki były rozsiane po całej sali. Panował tutaj spokój, który wręcz był namacalny. Z głośników sączyła się powolna muzyka klasyczna. Za szkłem mogłam obserwować ludzie przechadzających się po galerii. Śledziłam wzrokiem dwie dziewczyny, chyba w moim wieku, obładowane papierowymi torbami ze sklepów. Powinnam wreszcie wybrać się z Catrine na zakupy.
— Witaj, Riley. — Do mojego stoliczka nagle przysiadł się Harrison.
Ubrany był w czarną koszulkę oraz tego samego koloru spodnie. Co oni mają, że się ubierają na czarno? Calvin, Caleb, Loic, a teraz on? To ich jakiś znak rozpoznawczy czy co?
— Hej.
Mężczyzna zamówił dla siebie zwykłą kawę i kawałek szarlotki. Kiedy dostał jedzenie, zaczął mówić:
— Jak tam się czuje Chester?
— Chyba dobrze. Byłam wczoraj u niego, ale spał.
— To źle.
Zdezorientowana zamrugałam oczami.
— Czemu?

— Ma duży dług. Niepłacenie dla mafii jest równe szybkiej śmierci. — Wzruszył ramionami, jakby to była błahostka.
— Ile jest dłużny? — przełknęłam nerwowo ślinę, bojąc się usłyszeć sumę pieniędzy.
— Trzy tysiące dolarów.
Czułam jak żołądek przewraca się na drugą stronę.
— To dużo.
— Może to ci się wydawać bestialskie, ale taka jest kolej rzeczy. Chester wiedział, w co się pakuje, więc niech za to teraz zapłaci.
— I ty się na to zgadzasz? — Wbiłam w niego wzrok z niedowierzaniem.
Harrison ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
— Nie ja o tym decyduje. Jest nade mną jeszcze parę osób. Nie myśl, że to ja rządzę tą mafią.
— To, czemu tam nadal „pracujesz"?
— Z mafii nie da się wyjść ot tak. Jest się w niej aż do śmierci. Dołączając do niej, nie byłem tego jeszcze świadomy — ostatnie słowa rzucił z krzywym uśmieszkiem.
— Bliźniacy mi mniej więcej opowiedzieli o was i o waszej działalności.
— Co konkretnie wiesz?
— Dante jest tym całym bossem. Ty jesteś klikiem. Macie kodeks i wiem czym się zwykle zajmujecie na co dzień.
— Tyle wiedzy powinno ci wystarczyć. Nie zamierzam cię mieszać w ten świat. Nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo. Chcę tylko odbudować nasze relacje.
— Wierz mi, w życiu nie chcę dołączyć do waszego gangu.
Posłał mi słaby uśmiech.
— Mafii jak już. Gang u nas jest obelgą.
— Och, wybacz. Ciągle mi się myli. Macie jakąś nazwę czy robicie za bezimiennych zbójów?
— Sharkeyes - wypowiedział nazwę, a ja roześmiałam się. — Nie śmiej się. To jest całkowicie poważna nazwa.
— No okej. Cieszę się, że nie macie przereklamowanej nazwy typu: Ciemni Zabójcy czy Armia Śmierci.
— W tym z tobą się akurat zgodzę.
— Czekaj, a Sara? Wie o tym wszystkim?
— Oczywiście, ona kupuje od nas narkotyki. — Mimowolnie się skrzywił. — Ale nie wiedziała od samego początku.
— Nic już do niej nie czujesz?
— Nie. — pokręcił głową. — Ona pewnie też. Nienawidzi mnie, że ją zostawiłem, kiedy była w ciąży. Nasza relacja jest oparta tylko na biznesie, jakim są prochy.
— Harrison. — Wciąż nie mogłam się przełamać i mówić na niego „tato". - Co mam zrobić, żeby przestała? Chcę, aby wreszcie to rzuciła, bo po prostu widzę jak ją to wyniszcza.
— Nie mam pojęcia, Riley. Zachowuje się jak nastolatka, choć doskonale wie, że te czasy już minęły.
— Mam nadzieję, że ona płaci za prochy — rzuciłam z grymasem.
— Tak, ona tak. Naprawdę mi przykro, że musisz żyć w takim środowisku. Jak będziesz miała jakieś problemy, pomogę ci. Chcę odpokutować te dziewiętnaście lat nieobecności.
— Oczywiście — zgodziłam się.
— A tak poza tym, to co zwykle robisz na co dzień? Chodzisz do pracy?
— Pracuję w Targecie. Zbieram na studia i na własny samochód.
Mężczyzna podniósł brew ze zdziwieniem.
— Nie masz swojego auta? — zapytał, a ja pokręciłam głową. — Sara nie pomaga ci?
— Już się usamodzielniłam, nie potrzebuję jej pomocy.
Skinął w zamyśleniu głową. Rozejrzał się po kawiarni.
— Może pójdziemy na zakupy? Zawsze chciałem pójść na wspólne zakupy ze swoją córką. — rzucił z uśmiechem.
— Jasne.
Zapłaciliśmy i wyszliśmy z lokalu. Najpierw Harrison poprowadził mnie do Forever 21, który mieścił się tuż obok kawiarni.
— Przymierz to. — Mężczyzna wyciągnął z wieszaka granatową, zwiewną sukienkę ze wzorami drobnych kwiatków.
Podał mi ubranie i zagonił do przymierzalni, a sam poszedł na kolejne łowy ciuchów.
Weszłam do kabiny i powiesiłam sukienkę na wieszak. Miałam już zdejmować bluzkę, kiedy zasłona zafalowała, jakby ktoś się o nią otarł i nagle moim oczom ukazał się Jeffrey. Tak, ten Jeffrey, którego spotkałam w piątek na imprezie u Zoey.
Wszedł błyskawicznie do kabiny, jakby bał się, że ktoś go zobaczy.
— Jeff?! Co ty tu robisz? — spytałam spanikowana faktem, że bez żadnych oporów wparował mi do przymierzalni.
Zignorował moje pytanie. Zmierzył mnie wzrokiem swych orzechowych oczu. Nie wyglądał przyjaźnie. Nawet nie przypominał tego miłego chłopaka z piątkowej imprezy.
— Jesteś w Sharkeyes? — zapytał prosto z mostu, a ja wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia.
— O czym ty mówisz? Oczywiście, że nie! — odpowiedziałam z coraz większym niepokojem.
— To skąd znasz się z Harrisonem? — Jego słowa zabrzmiały niczym lód.
— To jest mój ojciec, do cholery! O co ci chodzi? — warknęłam, bo zaczęło mnie irytować to przepytywanie.
Wydawał się zbity z tropu, lecz po chwili zmarszczył brwi.
— Niemożliwe, Harrison nie ma córki. Nie ma nawet żony — nadal twardo obstawiał przy swoim.
Prychnęłam w odpowiedzi, zakładając ręce na piersi.
— No to niech tak będzie skoro wiesz lepiej — zacisnęłam usta w wąską kreskę.
— Jak długo się z nim znasz? — zadał kolejne pytanie, wbijając we mnie nieustępliwy wzrok.
— Słuchaj, Jeff, nie będę odpowiadać na twoje pytania, jeśli mi nie powiesz, o co ci chodzi i przestaniesz być taki oschły.
Minęła chwila, gdy znów się odezwał.
— Dobra, przepraszam. Poniosło mnie. — Potarł rękoma twarz, kiedy spojrzał na mnie wydawał się zmęczony oraz zrezygnowany. — Nie powinienem na ciebie tak naskakiwać.
Dopiero teraz przyjrzałam się chłopakowi. Miał na sobie szeroką, szarą bluzę, która wisiała na nim jak worek oraz czarne spodnie. Włosy były w nieładzie, co wyglądało całkiem przyzwoicie. Pod oczami miał ciemne podkówki, a cera lśniła przeraźliwie blado. Był tylko odrobinkę wyższy ode mnie.
— No ja myślę — nie opuściłam z wrednego tonu, wciąż wbijając w niego spojrzenie. — Do tego bezczelnie wszedłeś mi do kabiny, kiedy się przebierałam!
Uśmiechnął się delikatnie na widok mojego oburzenia.
— Na jakiej ulicy mieszkasz? Wpadnę do ciebie wieczorem i wszystko wyjaśnię, bo teraz nie mam zbyt dużo czasu. — Wyjrzał za zasłonkę, uważnie lustrując korytarz prowadzący do przymierzalni.
— Na 1563 Fairfield Street — rzuciłam niedbale, choć w środku aż gotowałam się z zaciekawienia, o co może mu chodzić.
— Okej, no to do zobaczenia. Ładna sukienka — rzucił z uśmiechem i w okamgnieniu wypadł z przymierzalni, nim mogłam w jakikolwiek sposób zareagować.
Stałam tak nieruchomo, nie mogąc uwierzyć, że przed chwilą tutaj stał Jeffrey.
— Riley? Przebrałaś się już? — usłyszałam zza kotary głos Harrisona.
— Jeszcze nie, poczekaj chwilkę — oznajmiłam, zrzucając z siebie pośpiesznie bluzkę.
Kiedy byłam ubrana w granatową sukienkę, ostrożnie przeciągnęłam zasłonę na jeden bok.
Harrison czekał na mnie, trzymając naręcze nowych ubrań. Gdy mnie zobaczył, zawołał z entuzjazmem:
— Ale twój stary ma dobry gust!


Nie byłam zdenerwowana. Wcale. Byłam wręcz oazą spokoju i opanowania. Wmawiałam tak sobie, krążąc nerwowo po pokoju w oczekiwaniu na Jeffreya. Moja trasa zaczynała się od szafy, a kończyła się przy biurku stojącym po drugiej stronie pomieszczenia.
Jeffrey nie sprecyzował, o której godzinie dokładnie się pojawi, ale ja już czekałam.
Postanowiłam usiąść na łóżku, choć doskonale wiedziałam, że długo w jednym miejscu nie usiedzę. Obserwowałam jak zahipnotyzowana własne nogi, które najwyraźniej były nadpobudliwe, bo podskakiwały jak najęte.
W domu byłam sama. Sara najprawdopodobniej pojechała do swojej koleżanki. Chociaż już nie byłam pewna. Równie dobrze mogła pojechać po kolejną porcję narkotyków.
Moje dłonie zaczęły się gwałtownie zaciskać w pięści. Czasami nawet nie panowałam nad swoimi ruchami. Miałam wrażenie, że nagle ciało zaczęło się rządzić swoimi prawami. Taki minus bycia chorobliwie niecierpliwą.
Na zegarze wybiła godzina dziewiąta, a ja wciąż czekałam. Na zewnątrz zaczął powoli zapadać zmrok.
Panowała cisza przerywana odgłosem moich oddechów oraz tykaniem zegara. Rozległo się ciche, przerażające skrzypienie, a moje serce zatrzymało się na chwilę, aby później bić szybszym rytmem. Powoli wstałam z łóżka, starając się nie wydawać żadnych odgłosów.

Skrzyp, chrzęst i nagły trzask.
Ktoś najwyraźniej próbował dostać się do mojego pokoju.
Znieruchomiałam na chwilę. Mój instynkt mówił wtedy jedno. Chowaj się.

Rozejrzałam się po pokoju z narastającym strachem. Może schowam się w szafie? Albo pod łóżkiem? Nie miałam zbytniego wyboru w kryjówkach. Wybrałam drugą opcję i błyskawicznie wczołgałam się pod materac.
W międzyczasie słyszałam kolejne odgłosy. Nie mogłam zdefiniować skąd one konkretnie pochodzą.
Bezpiecznie ukryta pod łóżkiem, czujnie obserwowałam pokój. Cieszyłam się w duchu, że kołdra, która była zbyt duża i wisiała po boku materacu, po części mnie zakrywała.

Szmer, chrzęst i skrzyp.
Starałam się jak najciszej oddychać. Przerażone serce tłukło się w piersi. Nieświadomie napięłam całe ciało w oczekiwaniu na najgorsze.
Dźwięki były coraz bliżej.
Rozejrzałam się po ewentualnych narzędziach do obrony. Zauważyłam tylko zakurzone pudełko z misiami, które wcześniej zajmowały miejsce na biurku. Super, w punkcie kulminacyjnym wyciągnę owo pudełko i zacznę rzucać w obcego pluszakami.
Usłyszałam jak czyjeś buty uderzają z ciężkim stukotem o podłogę. Obróciłam głowę w kierunku okna i wtedy je zauważyłam. Najwyraźniej włamywacz wszedł oknem, które, cholera jasna, wcześniej otworzyłam. Punkt dla Riley za niebywałą inteligencję oraz spryt.

Byłam pewna, że to osobnik płci męskiej. Raczej kobiety by nie zakładały czarnych traperów.

Ten ktoś zaczął iść na środek pomieszczenia. Obserwowałam jak jegomość powoli obraca się dookoła, lustrując cały pokój. Jego buty skierowały się czubkami centralnie w moją stronę.
W głowie pojawiały mi się najczarniejsze scenariusze. Jak ten ktoś wywleka mnie spod łóżka i zabija lub robi ze mną coś równie bestialskiego. Żałowałam, że Sary nie ma w domu. A gdzie jest do cholery Jeff?!
Skuliłam się jeszcze bardziej, kiedy buty przybliżały się w moim kierunku.
— Riley?

Rozdział 2. Bliźniacy Shelby

Brutalnie wyrwał mnie ze snu przeraźliwy jazgot, którym się okazał mój budzik. Jęknęłam na widok godziny. Wpół do siódmej. Cholera jasna, muszę wstać do szkoły.
Próbując ignorować ból całego ciała, wyczłapałam się z łóżka i skierowałam się do łazienki.
Wspomnienia z minionej nocy pamiętałam jak przez mgłę. Loic postrzelił Chestera, a ja później rozmawiałam z Harrisonem, moim tatą odnalezionym po latach. Potem wydostałam się windą z podziemi. Kiedy Rosenthal mnie odwoził, najpierw długo jechaliśmy przez gęsty las, a następnie wyjechaliśmy na most Tacony Palmyra. Przez drogę powrotną ani ja, ani Harrison się nie odzywaliśmy. Tylko raz zapytał się gdzie konkretnie mieszkam.
Wzięłam długi prysznic, starannie zmywając z siebie brud. Następnie wysuszyłam włosy oraz umyłam zęby. Chciałam się wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli, ale one co raz wracały do mnie niczym niezwykle natrętne muchy.

 
Spojrzałam w lustro i ze zgrozą zauważyłam na czole nowego pryszcza. Mój policzek zdobiło zaróżowione przetarcie, które starannie przykryłam korektorem. Podobnie zrobiłam z pozostałymi krostkami na twarzy. Mój wzrok opadł na moją szyję. Zauważyłam na niej siniaki wielkości dojrzałej śliwki. Ich nawet nie dało się niczym przykryć.
Westchnęłam tylko i udałam się do pokoju.
Kiedy przebrana zeszłam na dół, na szczęście nie było jeszcze Sary. Na razie nie chciałam z nią gadać po tym, czego się dowiedziałam. Mój żołądek zacisnął się na widok jedzenia w lodówce. Zrobiłam sobie tylko kanapkę i kawę, aby się odrobinę rozbudzić. Konsumując śniadanie, usłyszałam szum odkręcanej wody w prysznicu. Wstała.
Kontrolowałam na swój sposób Sarę od tamtego feralnego dnia, kiedy się zaćpała i nie wstała do pracy.
Mimowolnie mój wzrok powędrował w kierunku zegarka wiszącego nad wejściem do kuchni. Wpół do dziewiątej. Zaraz powinna przyjechać po mnie Catrine. Zwykle to ona mnie podwoziła pod szkołę, gdyż ja nie posiadałam samochodu.
Właśnie dzięki Catrine i jej rodziców przeżyłam jakoś moje dzieciństwo. Państwo Grey opiekowali się mną niczym swoim własnym dzieckiem. Wiedzieli o mojej specyficznej sytuacji rodzinnej. Nie raz przemawiali do rozsądku mojej mamie, lecz ze znikomym skutkiem. Grey zawozili mnie do szkoły i odwozili. Na szczęście mieszkaliśmy na jednym osiedlu. Byłam naprawdę wdzięczna rodzinie Grey za pomoc. Nie wiedziałam jak miałam się im odwdzięczyć.

Z luźnych wspominek wyrwał mnie głośny klakson.
Chwyciłam plecak wypełniony książkami i wyszłam na zewnątrz. Na ulicy przed moim domem lśnił błękitny ford fiesta należący do Catrine.
— Hejka! — przywitałam się z przyjaciółką, zajmując przednie siedzenie.
— Hello... — zaśpiewała w rytm piosenki Adele, która wydobywała się z głośników. — It's me...
Z wrednym uśmiechem na twarzy poklikałam chwilę przy odtwarzaczu i przełączyłam na Fifth Harmony.
— Ej, czemu przełączyłaś? Wiesz jak to trudno ustawić, aby było te „hello" na twoje wejście? — zapytała się wyraźnie oburzona, ruszając autem przez Fairfield Street.
— Jak mi przykro. — Pokazałam jej język i podrygiwałam w rytm "Work from home" — Jak tam się wczoraj pracowało?
— Wczoraj obsługiwałam dziwnego typka. Kojarzysz takiego Japończyka z naszej szkoły? — Nie odrywała wzroku od jezdni.
— No, on chodzi ze mną na historię, Hiro...? lub Hito. — potwierdziłam.
— Jak do niego podeszłam i kulturalnie się zapytałam się, czy coś wybrał z menu to on zaczął gadać po japońsku takim złowrogim tonem, jakbym mu matkę zabiła — opowiadała wyraźnie ożywiona.
Mimowolnie się roześmiałam.
— Pewnie wściekł się na ceny. Macie tam strasznie drogie żarcie — stwierdziłam.
Cat pracuje jako kelnerka w meksykańskim barze o nazwie „Augusto&Elena" na Roosevelt Blvd. Knajpka jest dość popularna, przez co ceny poszły w górę.
— Drogie, ale pyszne. Jak przyjdziesz w weekend to zaserwuje ci taco na koszt firmy. — Mrugnęła znacząco w moim kierunku. — Wiem, że uwielbiasz taco.
— Okej. — Odprężyłam się na fotelu, słuchając piosenki Pink, która aktualnie grała.
— Ej, bo wczoraj byłaś na imprezie z Chesterem, nie? — Wciąż uważnie obserwowała drogę i nie zauważyła mojej nagłej zmiany nastroju, kiedy usłyszałam jej pytanie.
Cała się spięłam. Miałam złe przeczucia, że Cat wiedziała już o Mendesie.
— No byłam, a co? — starałam się jak mogłam zabrzmieć neutralnie.
— Czyli jeszcze nie wiesz, że ktoś napadł na niego? — spytała się wyraźnie zdziwiona.
Miałam dwa wyjścia. Pierwsze: Powiedzieć jej całą prawdę, łącznie z Harrisonem i moją mamą. Drugie: Okłamać ją i grać zaskoczoną wieściami o Chesterze. Miałam wielką ochotę wszystko jej powiedzieć, ale sam fakt, że to mój ojciec kazał skrzywdzić chłopaka przeważył i zdecydowałam się na drugą opcję. Miałam wielką nadzieję, że moje kłamstwo nie wyjdzie na jaw.
— Co?! Oczywiście, że nie! To pewnie się stało jak już wracał do siebie — mój głos zabrzmiał autentycznie zmartwiony.
— Ma wstrząs mózgu i postrzelony bark — oznajmiła dziewczyna. — Jak mama wróciła z dyżuru i mi o tym powiedziała to byłam strasznie zdziwiona. Kto by mógł to zrobić Chesterowi?
Loic, ponuro odpowiedziałam sobie w myślach.
Hannah Grey pracowała jako lekarka w Northeastern Hospital i najwyraźniej była przy tym, jak przywieźli Mendesa.
Cieszyłam się, że ktoś zadzwonił na pogotowie, bo sama nie byłam w stanie tego zrobić.
— Nie mam pojęcia — odparłam, pogrążona we własnych myślach. — Po szkole go odwiedzę.
— Ja dzisiaj mam kółko biologiczne. Przepraszam, ale będziesz musiała jechać autobusem. — Rzuciła mi przepraszające spojrzenie — Zwykle w środy wracałaś z Chesterem.
— Spoko, nie ma problemu. Może zdążę na autobus, a jak nie to po pracy.
— Wiesz, powinnaś kupić sobie samochód. Będziesz wtedy mogła jeździć gdzie tylko chcesz.

Westchnęłam przytłoczona nowym zmartwieniem.
— Zbieram na studia i wciąż mi dużo brakuje.
Pracowałam już od paru dobrych miesięcy w Targecie. Wykładałam towar na półki, czasami byłam kasjerką. Oszczędzałam głównie na collage. Byłam wręcz pewna, że Sara nie zapłaci za mnie studiów, więc się usamodzielniłam.
— Rozumiem. — Pokiwała głową ze smutkiem.
Samochód skręcił na Cottman Ave, a żadna z nas już więcej się nie odzywała.


Wcisnęłam do tylnej kieszeni świstek papieru z zapisanym adresem. Zoey zaprosiła mnie na imprezę. Nie to, że jej nie lubiłam, tylko w piątek wieczorem wolałabym odpocząć niż balować. Nie miałam wyjścia. Catrine już wcześniej potwierdziła swoją obecność i zapewne razem z nią się wybiorę.
Szłam z markotną miną przez całkowicie opustoszały korytarz. Słyszałam w oddali głosy sprzątaczek. Minęło dziesięć minut od zakończenia zajęć, a ja dopiero wychodziłam ze szkoły.
Popchnęłam dwuskrzydłowe drzwi i wyszłam na dziedziniec. Rozejrzałam się wokół, chłonąc ten piękny widok. Po lewej stronie znajdował się mały park ze stolikami na lunch i ławkami umiejscowionymi pod bujnymi drzewami. Teraz wyglądał wręcz cudownie w świetle popołudniowego, marcowego słońca. Po lewej mieścił się parking, na którym stało tylko kilka samochodów. No cóż, mało osób zostaje na kółkach pozalekcyjnych.
Zeszłam luźno po schodach, ciesząc się w duchu rześkim powietrzem. Postanowiłam, że wcześniej pojawię się w pracy. Zwykle miałam na godzinę czwartą po południu, a teraz było dziesięć po trzeciej. Jeśli będę iść spokojnym krokiem to dotrę do Targetu w dwadzieścia minut. Dopiero odwiedzę Chestera po pracy, gdyż nie zdążyłabym teraz autobus.
Szłam po przekątnej przez parking, aby sobie lekko skrócić drogę i nagle niespodziewanie wyrośli przede mną bliźniacy Calvin oraz Caleb.
Oboje ubrani byli w ciemne ciuchy. Było co najmniej dwadzieścia pięć stopni Celsjusza, a oni mieli na sobie obcisłe bluzy, przez które doskonale widziałam ich mięśnie.
— Riley! Jak cię miło widzieć! — zawołał radośnie jeden z nich.
Zmrużyłam groźnie oczy, mierząc ich wzrokiem. A ich tu, po co przywiało?
— Skąd wiecie gdzie się uczę?
Wciąż byłam w stosunku do nich nieufna. Może i byli o niebo milsi od Loic'a, ale potrzebowałam więcej czasu, aby im zaufać.
— Harrison nam powiedział. Nawet sam zaproponował, abyśmy dotrzymywali ci towarzystwa — oznajmił Calvin z błąkającym się uśmiechem na ustach.
— Nie ufam wam. Chcieliście mnie skrzywdzić — prychnęłam. — A poza tym nie potrzebuje nianiek.

Caleb wywrócił oczami.
— To Loic cię dusił, nie my.
Na chwilę straciłam rezon, ale potem stwierdziłam:
— Ale byliście z nim. To jest wystarczające, aby wam nie ufać.
— Robiliśmy tam za jego ochronę. Choć sądzę, że jej nawet nie potrzebuje — bliźniak ponuro mruknął pod nosem.
— Możesz zadzwonić do Harrisona, aby się upewnić — ochoczo zaproponował Calvin. — Nie mamy złych zamiarów.
— Dobra, nieważne. Gdzie wy chcecie dotrzymać mi towarzystwa? — Dałam za wygraną, bo wiedziałam, że bliźniacy nie odpuszczą.
— Możemy razem z tobą odwiedzić twojego przyjaciela.
—Skąd wiecie, że chcę do niego pojechać, co? Poza tym mam pracę — wzięłam się pod boki, patrząc się na nich podejrzliwym wzrokiem.
— Jesteś przewidywalna. — Caleb wzruszył ramionami. — Nie martw się o pracę, na pewno zdążysz.
Zlustrowałam ich uważnie wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, że kłamali. To nawet było mi na rękę, że chcą mnie podwieźć na Allegheny Ave, gdzie znajdował się szpital. Chciałam lekko ich wykorzystać.
— Okej — zgodziłam się powściągliwie. — Ruszajmy.

Ruszyliśmy w kierunku czarnego jeepa compassa zaparkowanego na samym skraju parkingu.

Bliźniacy usiedli na przodzie, a ja zajęłam tył. Rzuciłam plecak pod nogi, po czym z prawdziwym przerażeniem stwierdziłam, że mam za grube nogi. Uda wręcz rozlały mi się na skórzanym siedzeniu. W duchu jęknęłam ze zgrozą na widok fałdki na brzuchu. Chciałam schudnąć już miesiąc temu, ale wciąż mi się nie udawało.
Wyjrzałam przez okno, próbując skupić się na czymś innym niż na swoich mankamentach w wyglądzie. Jechaliśmy właśnie Cottman Ave.
W głowie zaświtał mi pewien pomysł. A może tak się popytam ich o różne rzeczy?

— Mam nadzieję, że mogę zadać wam parę pytań — zapytałam się, przesiadając się na środkowy fotel, aby mieć lepszy widok na braci.
— Wal śmiało — zachęcił Calvin.
— Co to jest za grupa, do której należycie wy, Loic oraz Harrison?
— Mafia — rzucił niedbale Caleb. — Kojarzysz Dante Leone? To on ją założył.
Poczułam się strasznie zdziwiona, słysząc imię i nazwisko jednego z najbardziej wpływowych polityków w mieście. Dante na ostatnich wyborach kandydował na burmistrza Filadelfii, ale ostatecznie przegrał z Jimem Kenneyem. W życiu bym nie sądziła, że on może być zamieszany w brudne sprawy mafii.
— Czyli jesteście w gangu? — zapytałam, wciąż nie dowierzając.
— Gangiem są te szumowiny z Kensingston. Prawdziwa patologia. — W głosie Calvina zabrzmiała wrogość.
Kensington była to dzielnica mieszcząca się pomiędzy Port Richmond a Fishtown. Było to najniebezpieczniejsze miejsce w mieście. Nieraz słyszałam w telewizji o zamieszkach w Kensington.
— No dobrze... I co tam robicie?
Samochód skręcił na autostradę krajową 95. Po jednej stronie wzdłuż drogi płynęła rzeka Delaware. To ona oddzielała Pensylwanię od New Jersey.
— Wyrób, handel, przemyt i dystrybucja narkotyków, zabijanie na zlecenie, produkcja ładunków wybuchowych, czasami robimy jako ochrona dla szych... — wymieniał kolejno Caleb. — Takie tam rzeczy.

— ZABIJACIE NA ZLECENIE?! — pisnęłam przerażona.
— Uspokój się, Riley. — Caleb rzucił mi rozbawione spojrzenie. — Od tego są ludzie pokroju Loic'a, nie my. Ja z Calvinem zajmujemy się handlem narkotyków w północnej części miasta.

Loic'owi pasowała jak ulał ta fucha. Był bezwzględny, groźny i mściwy. Nawet swoim wyglądem przypominał typowego członka gangu.
Wzdrygnęłam się na wspomnienie dłoni Loic'a zaciskających się na mojej szyi.
— Nie lubię go — mruknęłam pod nosem.
— My też go nie lubimy — oznajmił wesoło Calvin.
— Loic zrobi ci szybki lodzik. — Zaśmiał się Calvin, a ja wybuchnęłam głośnym śmiechem.

— Zgłoś się do Loic'a po szybkiego lodzika — dopowiedział Caleb, a cały samochód wypełnił nasz głośny chichot.
Zjechaliśmy właśnie z autostrady na Aramingo Ave, która już centralnie prowadziła do szpitala.
Kiedy opanowaliśmy nagły wybuch radości, zapytałam się:
— A czym się zajmuje Harrison?
— Harrison jest klikiem ludzi od brudnej roboty — wyjaśnił pokrótce Caleb. — No wiesz, Dante sam by tego nie ogarnął.
Pokiwałam głową. To wydawało się sensowne.
— A o co chodzi z tym kodeksem, o którym wspominał Loic?
— To jest najmniej zabawna rzecz w Sharkeyes. Niestety mamy swoje zasady. Nie możemy krzywdzić osób niezwiązanych ze zleceniem. Nie możemy nikogo napadać i ble-ble... — Calvin westchnął teatralnie. — Oczywiście, jeśli Dante wyrazi zgodę to możemy wszystko — zakończył, wyraźnie akcentując ostatnie słowo.
— Och, a policja? Nic wam nie robi?
— Z nią to jest dłuższa historia. Dante i szeryf Hayato nienawidzą siebie nawzajem.
O matko. Nie sądziłam, że jest aż tyle zawiłości w świecie broni, narkotyków i napadów.
Calvin skręcił autem, wjeżdżając na parking przed szpitalem. Elegancko zaparkował w cieniu drzew.
— No to idź do Chestera, my na ciebie poczekamy — poinformował chłopak.
— Tylko długo tam nie siedź! — zawołał drugi, kiedy wygramoliłam się z samochodu.

Rzuciłam im radosne spojrzenie, trzaskając drzwiami.
Budynek Northeastern Hospital był imponujących rozmiarów. Został zrobiony z czerwonej cegły, a front budowli zdobiły cztery białe kolumny. Do głównego wejścia prowadziły schody, po których szybko się wspięłam. Popchnęłam drzwi, po czym weszłam na przestronny hol.
Po krótkiej rozmowie z pielęgniarką popędziłam schodami na trzecie piętro.
Idąc korytarzem z niesmakiem stwierdziłam, że brak tu kolorów. Wszystko tutaj lśniło czystą oraz sterylną bielą. Mijałam kolejne sale, aż doszłam wreszcie do pomieszczenia numer sto osiemnaście.
Delikatnie zapukałam w drzwi, słysząc jak serce kołacze mi się w piersi.

— Proszę! — dobiegł mnie męski głos zza drzwi.
Otwierając je ostrożnie, przeskanowałam wzrokiem salę.
Jak można było się spodziewać, raziła bielą. Było tu tylko jedno łóżko, które teraz zajmował mój przyjaciel. Pokój był rozmiarów wręcz klitkowatych. Przez okno umieszczone naprzeciw mnie widziałam krajobraz miasta.
Sam Chester nie wyglądał najgorzej. Na jego barku widniał starannie założony opatrunek, a czoło zostało owinięte bandażem. Wyglądał jakby w ciągu tych paru godzin schudł, a jego koście coraz bardziej były widoczne. Jego jasne, lekko przydługie włosy teraz sterczały na wszystkie strony. Na twarzy pojaśniał mu szeroki uśmiech na mój widok.
— Riley! — wykrzyknął, a ja podbiegłam do niego, próbując jak najdelikatniej go uścisnąć.

Po policzkach leciały mi ciurkiem łzy.

— Tak mi przykro. — Szlochałam, chowając głowę w jego klatce piersiowej.
— Cii, nie płacz — uspokajał mnie Mendes, lecz z marnym skutkiem. — Mam tylko postrzelone ramię i wstrząs mózgu. — ostatnie słowa oznajmił wesoło, jakby to było nic.

Oderwałam się od jego piersi i wlepiłam w niego wzrok mówiący „No chyba kpisz, tak mówiąc".
— Czemu mi nie powiedziałeś, że masz długi? I czemu bierzesz narkotyki?!
Chłopak wydał się zmieszany moimi pytaniami.
— Nie chciałem cię martwić — westchnął ciężko, po czym szybko zmienił temat. — Opowiedz mi co się działo później, jak straciłem przytomność.
— Zawieźli mnie do ich klika. I wiesz kim on się okazał? Moim ojcem.
Zmarszczył brwi z niedowierzaniem.
— Co? Twój zaginiony od osiemnastu lat ojciec to Harrison?
Pokiwałam energicznie głową.
— Nie wierzyłbym temu gościowi na twoim miejscu. To jest strasznie dziwne i wręcz absurdalne.
A może Harrison nie mówił prawdy? Ale po co miał kłamać? Wszystko to wydawało się bardzo realne i rzeczywiste.
Poczułam lekkie urażenie jego zachowaniem. Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść.
— Wiesz co, Chester, muszę już iść. Mam do pracy. W weekend postaram się ciebie odwiedzić, dobrze? — wstałam z łóżka i cmoknęłam chłopaka w policzek.
— Ach, no dobra. No to do zobaczenia! — wydawał się niezadowolony.
— Cześć! — pomachałam Chesterowi i wyszłam na korytarz z jeszcze gorszym mętlikiem w głowie.


W pokoju rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu przypisany do Catrine. Szybko wcisnęłam zieloną słuchawkę na ekranie komórki.
— No hej — przywitałam się, podchodząc do otwartej na oścież szafy.
— Jesteś już gotowa? Właśnie idę po samochód — dobiegł mnie jej głos.
Jeśli gotowa znaczyło też, że w samym ręczniku mogę pojechać na imprezę, to tak. Jestem gotowa.
— No jeszcze nie do końca — odpowiedziałam wymijająco, wyciągając czarną, rozkloszowaną sukienkę z koronkowymi wzorami.
— Okej, to się pośpiesz. Ja już wyjeżdżam — ostatnie słowa wręcz zaśpiewała.
Rozłączyłam się, rzucając telefon na łóżko. Szybko wciągnęłam na siebie ubranie. Boso pobiegłam do łazienki, aby rozczesać wilgotne włosy. Gdy już wychodziłam, natknęłam się na moją mamę zmierzającą w kierunku swojej sypialni. Sara zmierzyła mnie uważnie wzrokiem od stóp do głów, po czym wręcz niedostrzegalnie skinęła głową. Kiedy weszła do siebie, ja wciąż stałam niczym posąg ze wzrokiem wbitym w ścianę.
Co to miało znaczyć? Dręczyła mnie chęć, aby wpaść do jej pokoju i wykrzyczeć wszystko, o czym wiem, ale byłam ewidentnie za słaba, żeby to zrobić.
Potrząsnęłam głową, aby szybko wybić ten pomysł z głowy i ruszyłam do pokoju po torebkę oraz buty.

Rozdział 1. Chester!

Filadelfia,
godzina 02:16

Ulica Chempton Street nie powitała nas przyjaznym widokiem. Wysokie i obskurne kamienice górowały nad nami, a zniszczone uliczne lampy wyglądały jakby miały się nagle rozpaść. Wyraźnie czułam odór stęchlizny choć znajdowałam się na świeżym powietrzu. Mimowolnie przesunęłam się bliżej Chestera.

— Musimy tędy iść? — szepnęłam nerwowo.

Chłopak obejrzał się przez ramię i zmarszczył brwi, po czym zwrócił się w moim kierunku.

— Tak — Wziął mnie za rękę i uśmiechnął się pokrzepiająco. — Nie bój się, nic nam się nie stanie.

Miałam taką nadzieję. Poza tym czułam się niczym duch, idąc przez opustoszałą drogę.

Końcem Chempton Street była mała uliczka mieszcząca się pomiędzy dwoma budynkami. Za nią znajdowała się Holmert Street, na której mieściły się głównie zakłady oraz fabryki.

— Przed nami kolejna ulica — westchnęłam i nagle zachłysnęłam się powietrzem.

Byliśmy już w połowie uliczki, kiedy nagle drogę zagrodziła nam dwójka mężczyzn. Oboje wyglądali jakby całe dnie spędzali na siłowni. W półmroku nie widziałam zbytnio ich twarzy, ale mogłam przysiąść, że byli bliźniakami. Ubrani byli w ciemne koszulki i w takim samym odcieniu spodnie. Oboje na jednym z muskularnych ramion mieli zawiązaną chustę.

Za nami rozległ się ciężki stukot butów. Obejrzałam się z coraz bardziej narastającym strachem.

W wejściu do uliczki pojawił się kolejny mężczyzna. Od tyłu oświetlały go latarnie Chempton Street, tworząc wokół niego jasną aurę. Podobnie jak bliźniacy miał na sobie ciemne ubrania. Mój wzrok powiódł na jego ramiona, które były całe zasłonięte tatuażami.

Owy jegomość zauważył, że mu się przyglądam. Rzucił mi chłodne spojrzenie, po czym skierował swój wzrok na Chestera.

Chester w porównaniu do mnie nie był przestraszony. Wydawał się raczej zaskoczony. Z mojego punktu widzenia było to dość dziwne. Zagradzają nam drogę troje dziwnych osiłków spod ciemnej gwiazdy, a on stoi niewzruszony?

Chwiejnym krokiem odsunęłam się bokiem pod ścianę, mając na oku  bliźniaków oraz wytatuowanego.

Mężczyznę i mojego przyjaciela dzieliło parę metrów. Jakby na zawołanie, Chester się odwrócił. Na jego twarzy zauważyłam całkowite opanowanie i nawet... rozbawienie?

— Długo nas nie odwiedzałeś. — Niski głos dotarł do moich uszu.

Chester skrzyżował ramiona na piersi. Przez ramię spostrzegł jak bliźniacy podchodzą bliżej jego.

— Jakoś ostatnio nie miałem czasu.

Czułam pewien niepokój. W co się wplątał Chester, że zna się z tymi typami? Nic mi nie mówił, że zaprzyjaźnił się z nowymi osobami. Chociaż, patrząc na minę mężczyzny nie był przyjaźnie nastawiony w stosunku do Mendesa. Bardziej przypominał mi jakiegoś bandytę lub gangstera. Miał ostre rysy twarzy, wręcz kanciate, przez co wyglądał sto razy mroczniej.

— Jesteś nam dłużny duże pieniądze — warknął nieznajomy.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Czułam jak serce coraz mocniej się kołacze w piersi. Spojrzałam z przestrachem na chłopaka, który nadal stał niewzruszony. Natomiast ja byłam zdenerwowana za nas dwóch.

— Wiecie, że nie jestem teraz przy kasie... — zaczął Chester, ale mężczyzna mu ostro przerwał.

— Harrison się już niecierpliwi. — Znów jego głos obił mi się o uszy. — I wiesz co? Stracił już cierpliwość. — Wyciągnął zza paska spodni pistolet, który wymierzył w głowę Mendesa.

Na widok broni wydałam z siebie cichy pisk, a wszyscy nagle się na mnie popatrzyli. 

Chester westchnął i oznajmił wskazując na mnie:

— Zabierzcie mnie do Harrisona, ale ją zostawcie. Nie jest wam potrzebna.

Na twarz mężczyzny wpłynął uśmiech, który nie wróżył nic dobrego.

— Wręcz przeciwnie, bardzo nam się przyda — wymruczał. — A dla ciebie już nie ma żadnych szans. Mam polecenie i zamierzam je wypełnić.

Poczułam jak czas zwalnia. Widziałam jak mężczyzna powoli zgina palec na spuście. Wtedy tylko jedno przyszło mi na myśl. Uratuj Chestera. Oderwałam się od ściany i rzuciłam się na bandytę. Naparłam na niego całym swoim ciałem.

Mężczyzna nie spodziewał się ataku z mojej strony. Zachybotał się niebezpieczne i upadliśmy na brudną powierzchnię uliczki. Jednak podczas tego upadku pociągnął za spust.

Kula z hukiem wyleciała z lufy pistoletu. Płynęła wręcz w powietrzu w stronę mojego przyjaciela. Zatapiając się w ciele, Chester wydał z siebie głośny wrzask i upadł bezsilnie.

Kątem oka widziałam jak bliźniacy ruszają w naszym kierunku.

Podniosłam się szybko, po czym ruszyłam ku ciału Chestera. Jednak zostałam szybko oderwana od ziemi i brutalnie przyszpilona do ściany.

— Co ty sobie wyobrażałaś popychając mnie?! — wrzasnął wytatuowany, zaciskając palce na mojej szyi.

Złapałam się dłoni mężczyzny próbując, aczkolwiek bezskutecznie, poluzować uścisk. Z trudem łapałam kolejne hausty tlenu.

— No mów! — Kolejny raz jego ryk przeszył nocne powietrze.

— Nie będzie mówić skoro ją dusisz, Loic — zauważył inteligentnie jeden z bliźniaków. Stali oni przy nieruchomym ciale Chestera i obserwowali czujnie sytuację.

Owy Loic posłał jemu nienawistne spojrzenie. Jednak chłopak nie przestraszył się wzroku towarzysza. Wydawał się przyzwyczajony do takich reakcji.

— Calvin, przestań pierdolić — syknął, rozluźniając nieco uścisk na moim gardle.

Wzięłam głęboki haust powietrza, ciesząc się tą krótką chwilą.

— Puść ją. Ona jest nie groźna — rozkazał drugi z bliźniaków.

— Do cholery, Caleb! Co w was wstąpiło? — warknął wyraźnie rozzłoszczony ich zachowaniem.

Oboje w tym samym czasie niedbale wzruszyli ramionami.

Poczułam jak Loic puszcza moją szyję. Niczym marionetka spadłam na ziemię. Masowałam obolałe gardło, kiedy mężczyzna zapytał się mnie tonem ociekającym lodowatą wściekłością:

Jak się nazywasz?

Nadal stał nade mną i do tego świdrował intensywnym wzrokiem.

Riley Pa-pa-ige - wydusiłam z trudem.

Calvin i Caleb spojrzeli na siebie zaskoczeni.

— Zaraz, zaraz... — odezwał się Caleb. — Czy twoja matka nazywa się Sara?

Zlustrowałam go nieprzytomnym wzrokiem. Caleb różnił się od brata dwoma rzeczami. Był odrobinkę niższy oraz miał dziwną szramę na brodzie.

— Tak — odparłam nieco zaskoczona. — Skąd ją znacie?

Twoja matka kupuje od nas prochy — warknął Loic — Od już kilku miesięcy.

Czułam jak żołądek przewraca się na drugą stronę. To nie mogła być prawda. Owszem, mama znikała wieczorami, a potem zaszywała się w swoim pokoju. Nie wydawało mi się to dziwne. Aż do czasu. Raz nie wstała do pracy. Kiedy do niej przyszłam, zobaczyłam ją na wpół nieprzytomną. Nie ruszała się i ciężko oddychała. Co wtedy by mogła zrobić zwykła nastolatka? Oczywiście, że zadzwonić na pogotowie. Jednak kiedy, cała spanikowana, wybierałam numer awaryjny, moja matka otworzyła szeroko oczy. Chwyciła mnie za rękę i wycharczała:

Nigdzie nie dzwoń.

— Ale ty nie ruszałaś się i wyglądałaś jak... jak... jakbyś nie żyła — wyjąkałam przestraszona.

— Nic mi nie jest — odparła, pomiędzy głębokimi haustami powietrza — Idź do szkoły.

Te słowa zapamiętałam na długo. Później nie wypytywałam matkę co się konkretnie stało. I tak mieliśmy już wcześniej napięte relacje. Nie chciałam swoją ciekawością popsuć jeszcze gorzej naszych kontaktów.

Próbowałam bezskutecznie o tym zapomnieć. Mama nadal wychodziła wieczorami, a ja nawet nie próbowałam dociec co się z nią wtedy dzieje. Owszem, myślałam o narkotykach. Jednak szybko wyparłam tą myśl. To musi być coś innego. Kiedy usłyszałam ostre słowa Loica, moje przypuszczenia stały się prawdą. Moja matka bierze prochy.

Nie, nie, nie, nie... — Nie dopuszczałam tego na myśl.

Co nie wiedziałaś o tym? — zaszydził Loic — Matka ci nic nie mówiła? Nie zauważyłaś, że ciągle chodzi naćpana?

Przestań tak mówić! — krzyknęłam.

Miałam dość. To wszystko co dzisiaj się dowiedziałam było powyżej moich sił. Moja mama ćpała. Nawet mój przyjaciel! Czułam się oszukana przez bliskie osoby.

— Powiem wszystko policji o was! Zraniliście Chestera i handlujecie narkotykami! — Próbowałam się podnieść, jednak nie udało mi się.

Dostałam za to pięścią w twarz od Loica. Zabolało jak cholera.

— Nigdzie nie pójdziesz — wysyczał mężczyzna biorąc mnie za fraki i stawiając na nogi — Calvin, zajmij się nią!

Nie byłam w stanie się przeciwstawić. Bolało mnie całe ciało, a umysł był zaprzątnięty myślami o mamie oraz Chesterze.

Poczułam nagłe uderzenie w tył głowy. Wszystko zalała nieprzenikniona ciemność.



Obudziłam się w momencie, kiedy któryś z bliźniaków niósł mnie na rękach. Byłam zbyt otumaniona i zmęczona, aby go zidentyfikować. Do tego strasznie bolał mnie tył głowy. Najwyraźniej po uderzeniu.

Powoli rozejrzałam się wokoło.

Znajdowaliśmy się w przestronnej sali. Nie było tu żadnych okien. Z sufity wisiały gołe żarówki dające znikome źródło światła na całe pomieszczenie. Po jednej stronie ściany znajdowały się dwoje drzwi, a po drugiej leżały porozrzucane kartonowe pudła. Za nimi świeciła goła ściana.

Loic, który szedł przed nami, ominął pierwsze przejście i skręcił do drugiego. Otworzył demonstracyjnie drzwi, uprzednio pukając.

Harrisonie — zaczął mówić swoim głębokim, a zarazem niskim głosem. — Musisz kogoś osądzić.

Weszliśmy do pomieszczenia. Bliźniak postawił mnie na nogi, a sam odsunął wraz z bratem w kąt. Loic natomiast opadł na fotelu stojący na drugim krańcu pokoju.

Stałam w prowizorycznym gabinecie. Na środku stało biurko z laptopem i stertą papierów. Boki ścian były puste. Żadnych szafek. No i w jednym kącie stał fotel, który teraz okupował Loic. I tu także nigdzie nie zauważyłam okien. Zastanawiałam się gdzie my byliśmy? Pod ziemią?

Natomiast biurkiem siedział starszy już mężczyzna. Wyglądał mi na czterdziestolatka. Z wyglądu typowy mąż i ojciec. Miał krótko obcięte brązowe włosy, a jego para niebieskich oczu przyglądała mi się z zaciekawieniem.

O co chodzi, Loic? — zapytał się mężczyzny siedzącego na fotelu.

— Postrzeliłem Mendesa jak kazałeś, ale ten chłopczyk nie był sam. Był z nią. — Wskazał na mnie — A ona chce donieść na nas na policje. Niestety nie mogłem zrobić tego co chciałem zrobić, bo cholerny kodeks zabrania.

Ostatnie słowa wymówił z wyczuwalnym jadem, jakby nienawidził tego całego kodeksu. Jednak cieszyłam się, że Loic w żaden sposób mnie nie skrzywdził. Oczywiście, pomijając przyszpilenie do ściany i wrzeszczenie wniebogłosy. Wciąż nie byłam pewna kto mnie walnął w głowę, ale to musiał być jeden z bliźniaków. Nie miałam im tego za złe. Byli o niebo milsi w porównaniu do Loica.

Owy Harrison pokiwał w zamyśleniu głową.

Jak się nazywasz? — spokojnie zadał mi pytanie.

Riley Paige — wydukałam wciąż zdezorientowana całą sytuacją.

 Podniósł w wyrazie zdziwienia brew. Biło od niego opanowanie i spokój, które było wręcz namacalne.

— Córka Sary Paige?

Westchnęłam znużona. Dotąd nie myślałam o mamie, lecz kiedy Harrison zapytał się o nią, wszystko powróciło z podwójną siłą.

Tak, wiem, że kupuje od was narkotyki — wymamrotałam pod nosem.

 Czułam się w tamtej chwili niezwykle słabo. Ledwo co stałam na nogach, a głowa wydawała się dziesięciokilogramową kulą.

— Nie o to chodzi. Chłopcy, możecie wyjść i zostawić nas samych? — poprosił łagodnie.

 Zmarszczyłam czoło. O co biega?

Bandyta, tak po swojemu nazwałam Loica, wstał z niedowierzaniem z siedziska.

Co?! Żadnych umów i zastraszeń?!

Po prostu wyjdź — westchnął zniecierpliwiony jego zachowaniem Harrison. — I nie czekajcie na nas. Pójdźcie już do mieszkań.

 Mężczyzna wyszedł gwałtownie zamykając drzwi. Calvin z Calebem już wcześniej wyszli, ale o wiele mniej efektownie.

— Riley, jestem Harrison Rosenthal i najprawdopodobniej nie wiesz kim jestem — zaczął dość niepewnie, jakby stąpał po cienkim lodzie. — Znam twoją mamę już od bardzo dawna i łączyły mnie z nią bliskie kontakty.

Skąd ją znasz? — zapytałam mimowolnie zaciekawiona słowami mężczyzny.

— Poznaliśmy się w liceum. — Uśmiechnął się pod nosem. — To były dobre czasy. Teraz wiele się zmieniło i... to już jest kompletnie coś innego.

— Czyli teraz już się nie... przyjaźnicie?

Mężczyzna rzucił okiem na zegarek założony na jego nadgarstku, jakby gdzieś się śpieszył.

Utrzymujemy kontakt. Znaczy, nie taki dobry jak wcześniej.

No to jak się z nią przyjaźniłeś to czemu pozwoliłeś jej zacząć z narkotykami? — zapytałam oskarżycielsko.

— To nie było takie łatwe jak ci się wydaje. Sara już od dawna miała do czynienia z używkami. Wiedziałem, że przyjdzie taki czas, kiedy zacznie od nowa zażywać.

— Od czego to się zaczęło? No wiesz, jaki miała powód, żeby wziąć pierwszy raz narkotyki?

 Harrison westchnął i rozciągnął się na fotelu. Widać, że i on jest również zmęczony.

To po części przeze mnie — odparł. — Sara nic ci nie opowiadała o swojej młodości?

Przymknęłam oczy. Zachciało mi się płakać. Czemu moja mama jest taka zamknięta w sobie? Dlaczego mnie odtrąca?

— Nie dogadujemy się zbyt dobrze — wyszeptałam ze smutkiem. — W domu zachowujemy się jak... jak odległe współlokatorki, a nie jak rodzina. Naprawdę mnie to boli. Nie zwraca na mnie uwagi, a ja naprawdę się staram być jak najlepszą córką.

Łzy stanęły mi w oczach, kiedy przypomniałam sobie jak matka zachowuje do mnie dystans. Żadnego uśmiechu. Żadnego miłego słowa. Najgorsze było w tym to, że była taka od zawsze. Kiedy byłam mała pamiętam, że była dla mnie oschła, jakbym była niechcianym dzieckiem. Nie pomagała w pracach domowych, nie chodziła ma wywiadówki, nie przywoziła ani nie odwoziła ze szkoły. Od dzieciństwa żyłam sama.

— Rozumiem cię. To nie jest twoja wina, że Sara tak się zachowuje. Po prostu ona sama nie radzi ze swoimi prywatnymi sprawami — odparł ze współczuciem. — A ojciec co z nim?

 Uśmiechnęłam się gorzko.

Mama powiedziała mi, że odszedł kiedy się urodziłam. W życiu nie widziałam go ani razu. Nawet nie wiem jak się nazywa.

Mężczyzna w zrozumieniu pokiwał głową.

Bo wiesz Riley, właśnie dążę do powiedzenia ci kto jest twoim ojcem — odchrząknął. — I właśnie w tym momencie patrzysz na tego nieodpowiedzialnego nastolatka, który uciekł od Sary, kiedy ta zaszła w ciążę.

Najpierw nie mogłam uwierzyć. To było nie do pomyślenia, że całkowicie przypadkiem spotkam własnego ojca, którego nie widziałam od osiemnastu lat. Mój umysł nie dopuszczał takiej możliwości.

Zachwiałam się na nogach. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo byłam zmęczona. Głowa zaczęła pulsować jeszcze gorszym bólem. Oparłam się o ścianę i osunęłam się na podłogę.

Nie wiedziałam co odpowiedzieć Harrisonowi, pfu, tacie.

— Wiem, że to dla ciebie szok, Riley — oznajmił łagodnie, spoglądając na mnie nieco z góry.

— Szok? Czy ty wiesz co ja teraz czuję? — odparłam słabo.  — Czemu nie wróciłeś do nas? Do mnie?

Kiedy się urodziłaś spanikowałem. Ani ja, ani Sara nie byliśmy gotowi na rodzicielstwo. Jednak Sara chciała dać radę. Była wtedy silna, lecz z czasem jej zapał przeszedł, a ja odszedłem od was. I wtedy zaczęła się jej przygoda z używkami. Nie wyrabiała z obowiązkami i nawet nie miała do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc. Została sama z tobą na głowie. Nadal żałuję, że wtedy wam nie pomogłem. Byłem taki samolubny. Do tego wplątałem się w sprawy ulicznej szajki. Po paru latach chciałem do was wrócić, ale moja praca na to nie pozwalała, a Sara mnie nienawidziła — na chwilę spauzował, zastanawiając nad swoimi słowami. — To był trudny czas dla wszystkich — podsumował.

Siedziałam tak, chłonąc każde słowo Harrisona. Nie sądziłam, że moja mama miała takie ciężkie życie. Bolała mnie świadomość, że byłam nieplanowanym i niechcianym dzieckiem.

Nagle Rosenthal wstał z fotela, przybierając na twarz maskę spokoju oraz opanowania. Wiedziałam, że samo wspominanie dawnych czasów dla Harrisona jest niezwykle bolesne.

— Odwiozę cię do domu. Przyda ci się odpoczynek.



Do domu wróciłam dopiero po trzeciej nad ranem. Od razu cicho przemknęłam do swojego pokoju. Zdjęłam ubranie, które rzuciłam niedbale na podłogę i wsunęłam się pod kołdrę.

Nie mogłam spać. Chociaż nie dziwię się czemu. Po nagłej napaści i spotkaniu z zaginionym ojcem miałam spokojnie usnąć? To było niemożliwe.

Przed oczami nadal miałam sceny z dzisiejszej nocy. Kiedy Chester padł na ziemię, kiedy Loic mnie dusił, kiedy dowiedziałam się, że mam ojca.

Chester... Ciekawe gdzie on teraz jest. Czy nadal leży w tej ciemnej uliczce? A może ktoś go znalazł i wezwał pogotowie? Czułam się źle jak nigdy dotąd, że zostawiłam go tam samego. Powinnam tam wrócić, ale biorąc pod uwagę mój stan fizyczny oraz psychiczny, nie dałabym rady nawet wstać z łóżka.

Dosięgnęłam ręką do telefonu leżącego na szafce nocnej. Chociaż do niego spróbuję zadzwonić. Wybrałam jego numer, po czym z niecierpliwieniem czekałam aż odbierze. Jak mogłam się spodziewać, nikt nie odebrał. Z frustracją odłożyłam komórkę.

Leżałam tak nieruchomo wbijając wzrok w sufit, kiedy przypomniałam sobie o wizytówce, którą mi dał Harrison, kiedy wysiadałam. Prosił, abym do niego zadzwoniła, kiedy będę chciała się spotkać.
Z trudem podniosłam się z łóżka. Poszperałam trochę w kieszonkach moich spodni. Na szczęście znalazłam karteczkę.

Podeszłam pod okno, próbując odczytać treść wizytówki.

Firma ochroniarska "SafeGo"
ulica East Street 27 Filadelfia
główny dyrektor Harrison Rosenthal
Twoje bezpieczeństwo jest naszym sukcesem
numer kontaktowy: 321 654 987

A więc miał firmę ochroniarską... Był dyrektorem, więc czemu powiedział, że praca mu nie pozwalała do nas wrócić? To nie trzymało się kupy. Nie chciałam o tym rozmyślać, bo i tak ledwo co się poruszałam.

Zgięłam karteczkę na pół i odłożyłam na stolik. Jutro rankiem do niego zadzwonię. Kolejny raz położyłam się na łóżku z próbą zaśnięcia.

Finalnie udało mi się usnąć. Jednak wciąż dręczył mnie niepokój i strach o Chestera.