Wpatrywałam się tępo w
oczy Jeffreya. Wszystko wydawało się takie... nierealne. Tak czy siak,
poczułam niewyobrażalną ulgę, widząc chłopaka.
— Co ty robisz pod łóżkiem? — Pod wpływem jego pytania oraz zdziwionego wzroku poczułam jak rumieńce wpełzają mi na policzki
— No wiesz, tak sobie leżę. — Posłałam mu sztywny uśmiech, próbując wyglądać normalnie.
— No wiesz, tak sobie leżę. — Posłałam mu sztywny uśmiech, próbując wyglądać normalnie.
— Pod łóżkiem? — zapytał, wbijając we mnie rozbawione spojrzenie.
— Dokładnie. — Pokiwałam energicznie głową, nieopatrznie uderzając się w metalowy stelaż.
Jęknęłam, masując się w tył głowy. Kolejny guz do kolekcji, pomyślałam ponuro.
— Wyjdziesz może czy tak będziemy rozmawiać?
— Dobry pomysł. Daj mi chwilkę.
Z trudem wyczołgałam się
spod materacu, a w tym czasie chłopak podniósł się z kucków. Otrzepałam
się z kurzu i stanęłam naprzeciwko Jeffreya.
— Czemu tam się ukrywałaś? — Wskazał owe nieszczęsne łóżko.
— Myślałam, że ktoś się włamuje — odburknęłam, zakładając ręce na piersi.
Czułam się jak ostatnia idiotka. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy spod niej nie wracać.
— Wybacz, że wszedłem oknem. Nie chciałem ryzykować, wchodząc normalnie drzwiami. — Wzruszył lekceważąco ramionami.
— Czemu ryzykować? Jestem sama w domu — wypaliłam, nim ugryzłam się w język.
Nie znałam za dobrze Jeffreya, toteż nie za bardzo mu ufałam i nie powinnam mu mówić takich rzeczy.
— Nie ma Harrisona? — spytał, marszcząc brwi.
— Harrison z nami nie mieszka. — Wywróciłam oczami.
— Dlaczego?
— Dlaczego?
— Długa historia. Powiem
tylko, że mieszkam tylko z mamą — odpowiedziałam, próbując brzmieć
obojętnie, gdyż pytania o moją sytuację rodzinną powoli mnie zaczęły
irytować.
— Jasne. — pokiwał w zrozumieniu głową.
— Następnym razem nie strasz mnie tak — westchnęłam, siadając na łóżku.
Jeffrey wybrał sobie
krzesło znajdujące się obok biurka. Obrócił je tyłem w moją stronę i
usiadł, opierając się rękoma o oparcie.
— Postaram się. — Posłał mi łobuzerski uśmiech - Wyszedłem z wprawy. Ostatnio nie wspinałem się po starych drzewach.
— Ej, skąd wiesz, gdzie mieści się mój pokój? Przecież jesteś tutaj pierwszy raz! — Spojrzałam na niego z niepokojem.
— Improwizowałem. Serio.
Zauważyłem, że jest jedne otwarte okno, a do tego obok rosło drzewo,
więc czemu by nie skorzystać? — rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
— Dobra, nieważne. Czekam na wyjaśnienia, o których mówiłeś w sklepie. — Z jego twarzy zszedł momentalnie uśmiech.
— Wiesz czym zajmuje się twój ojciec? — zapytał nieco ostro.
— Tak, jest w tym całym gangu...
Lekko się zdziwiłam faktem, że Jeffrey zna mojego ojca i wie o jego „pracy".
Posłał mi kwaśny uśmiech.
— To prawda. Czyli o
wszystkim wiesz i nie muszę ci tłumaczyć? — W odpowiedzi skinęłam głową —
Czemu dopiero teraz zaczęłaś się z nim widzieć, Riley? Wcześniej nikt
nie wiedział, że ma w ogóle córkę.
Przełknęłam nerwowo ślinę. Czyli będę musiała mu wszystko opowiedzieć, a nie miałam ochoty tego robić. Odchrząknęłam.
— Słuchaj, to dość
dziwna sprawa... — zaczęłam niepewnie — W tamten wtorek byłam z moim
przyjacielem na imprezie. Kiedy wracaliśmy, natknęliśmy się na
podejrzanych typków. Jeden z nich zranił Chestera, a mnie zabrali do ich
klika, którym się okazał Harrison. On... on po prostu oznajmił, że jest
moim tatą. Uwierz mi, nadal to dla mnie szok. Dotąd mieszkałam tylko z
mamą, a ona nie chciała nic powiedzieć o Harrisonie... — Zgarbiłam się
pod natłokiem wspomnień, ale po chwili się wyprostowałam. — Jak mi nie
wierzysz możesz go się o to zapytać.
Ostatnie słowa
zabrzmiały zbyt ostro. Jeffrey siedział skupiony, słuchając uważnie
mojej opowieści.
Kiedy skończyłam mówić, pokręcił głową.
Kiedy skończyłam mówić, pokręcił głową.
— Nie mogę się go
zapytać. Nawet nie mogę z nim rozmawiać. Jest moim wrogiem — wypowiedział słowa gładko, bez żadnego zająknięcia.
Już otwierałam usta, aby
się zapytać, czemu jest jego wrogiem, ale nagle coś mi przyszło do
głowy. Doskonale pamiętałam co powiedział Calvin, kiedy jechaliśmy do
szpitala, aby odwiedzić Chestera. „Gangiem są te szumowiny z
Kensingston. Prawdziwa patologia." Z jego wypowiedzi wynikało, że mają
na pieńku z ludźmi z Kensingston. Czyżby Jeffrey był w tym gangu?
— CZY TY JESTEŚ Z GANGU?! — wrzasnęłam, gwałtownie podrywając się z łóżka.
Rzucił mi rozbawione spojrzenie.
— Czyli o nas też słyszałaś. — Westchnął.
— Cholera jasna, muszę
zadzwonić po Harrisona albo po bliźniaków — jęczałam, szukając telefonu,
gdy nagle odwróciłam się jak oparzona w kierunku chłopaka. — Czy ty
chcesz zrobić mi krzywdę?!
Przeraziła mnie myśl, że Jeff może mnie w jakiś sposób skrzywdzić. W jednej chwili straciłam do niego jakiekolwiek zaufanie. Nie sądziłam, że i on jest w to wszystko zamieszany. Dotąd wydawał mi się zwykłym chłopakiem, a okazało się, że należy do gangu. Do tego jego wrogiem jest mój ojciec. To jest jakiś chory absurd, pomyślałam. Czemu to tak nagle na mnie spadło? Czemu Harrison to wszystko skomplikował?
Przeraziła mnie myśl, że Jeff może mnie w jakiś sposób skrzywdzić. W jednej chwili straciłam do niego jakiekolwiek zaufanie. Nie sądziłam, że i on jest w to wszystko zamieszany. Dotąd wydawał mi się zwykłym chłopakiem, a okazało się, że należy do gangu. Do tego jego wrogiem jest mój ojciec. To jest jakiś chory absurd, pomyślałam. Czemu to tak nagle na mnie spadło? Czemu Harrison to wszystko skomplikował?
Jeffrey przyglądał mi
się z pewną dawką niezadowolenia. Najpewniej poczuł się urażony moimi
słowami. Zacisnął usta w wąską kreskę.
— Po pierwsze, jeśli
chciałbym cię zabić, już bym to zrobił. Po drugie, Shelby są słabi. A po
trzecie, przyszedłem tutaj, aby otrzymać informacje. — wydawał się
strasznie oziębły, kiedy mówił. — I nie jestem taki jak reszta tego
cholernego gangu, ale ty mnie wrzuciłaś do jednego worka.
Momentalnie zrobiło mi
się głupio. Nie znałam za dobrze Jeffreya. Nawet nie powiedziałabym, że
jest z Kensingston. Nie zachowywał się tak jak Loic i nawet w żadnym
calu go nie przypomniał. Było mi wstyd jak nigdy dotąd. Nie lubiłam
oceniać ludzi pochopnie, ale to właśnie przed chwilą zrobiłam.
— Jeff, przepraszam, ale
zrozum mnie co ja czuję. Najpierw po osiemnastu latach pojawił się mój
zaginiony ojciec, który okazał się należeć do okolicznej mafii, moja
matka ćpa i to już od dawna, a mój przyjaciel leży w szpitalu, bo... bo
też ćpa... — Schowałam twarz w dłoniach, opadając bezsilnie z powrotem
na łóżko.
Wyparowała ze mnie
wszelka energia. Czułam się wykończona oraz miałam wielką ochotę pójść
spać i zapomnieć o tej chorej sytuacji. Nawet nie wiedziałam czemu
żaliłam się Jeffreyowi, którego znam ledwo dwa dni. Powinnam o tym
wszystkim powiedzieć Catrine, której bezgranicznie ufałam. Nie
rozumiałam swojego zachowania.
Nie oderwałam dłoni
nawet wtedy, kiedy chłopak usiadł koło mnie. Zarzucił rękę na moje ramię
i lekko przycisnął mnie do swojego torsu.
— Nie powinienem tak na
ciebie naskakiwać. Zresztą, znów — jego głos brzmiał kojąco i miękko. -
Kiedy cię zobaczyłem z Harrisonem pomyślałem, że jesteś szpiegiem.
Później podsłuchałem, że jesteście rodziną. Nie zdarza się na co dzień,
że jeden z ważniejszych klików Sharkeyes z dnia na dzień odnajduje
córkę.
— Ja szpiegiem? — spojrzałam badawczo na chłopaka, czy aby się ze mnie nie nabija.
— Wiem jak to głupio brzmi. — Uśmiechnął się pod nosem.
— Czemu nie jesteś taki jak typowi członkowie gangów? Myślałam, że w kartelach są tylko groźni, napakowani goście, a tu proszę. Chociaż bliźniacy też odstają pod tym względem.
— Po prostu jestem inny. Nie zamierzam krzywdzić innych, a tym bardziej ciebie.
— Czemu nie jesteś taki jak typowi członkowie gangów? Myślałam, że w kartelach są tylko groźni, napakowani goście, a tu proszę. Chociaż bliźniacy też odstają pod tym względem.
— Po prostu jestem inny. Nie zamierzam krzywdzić innych, a tym bardziej ciebie.
— A Tucker? Też należy do gangu? — zapytałam, nagle przypominając sobie o jego przyjacielu.
Pokiwał ponuro głową.
— Tucker o wiele bardziej do nich pasuje niż ja, ale nie narzekam.
— Rozumiem.
— Nie uwierzysz, ale
chcę utrzymywać z tobą kontakt. I nie z powodu, że mógłbym cię wypytywać
o plany Harrisona, a o zwykłą chęć przyjaźni. Wydajesz się miła.
— Miła? — Rozbawiona podniosłam brew.
— No, na domówce byłaś bardzo sympatyczna, choć mało rozmawialiśmy. — Rzucił mi rozbawione spojrzenie.
Jeffrey wyszedł dopiero
po dziesiątej. Zwinnie wyskoczył przez okno na wystającą gałąź drzewa,
bo nadal twierdził, że wyjście drzwiami jest ryzykowne. Krótko po tym
opatuliłam się kołdrą i zapadłam w twardy sen.
Następne dni były w
miarę spokojne. Ten tydzień mogłam ocenić jako urywek z życia zwykłej
nastolatki. Szkoła, praca, dom, a czasami nawet szpital. Tak wyglądała
moja codzienność. Aż wreszcie nastała sobota, a spokój diabli wzięło.
Szłam szpitalnym
korytarzem położonym na trzecim piętrze. W ręku trzymałam torbę
wypełnioną słodyczami, którą chciałam podarować Chesterowi, bo żalił mi
się, że od dawna nie jadł nic co znacznie podniesie mu cukier we krwi.
Mendes miał jeszcze parę dni poleżeć w szpitalu ze względu na jego bark,
z którym niestety powstały pewne komplikacje. Jednak chłopak czuł się
wyśmienicie, tryskał energią i pozytywnym nastawieniem. Nie tylko ja go
odwiedzałam. Często u niego przesiadywali jego rodzice, znajomi oraz
rodzeństwo. Nie pytałam się o narkotyki. Wiem, że to był dla niego zbyt
drażliwy temat.
Popchnęłam drzwi z numerem sto osiemnaście.
— Chester, nie uwie-
Przerwałam wpół zdania, rozglądając się z przerażeniem. Nie było go. Nigdzie go nie było!
Łóżko było nieusłane,
jakby ktoś nagle gwałtownie wstał. Z otwartego na oścież okna wpadały do
środka promienie słoneczne. Był zakaz otwierania okna przez pacjentów.
Nawet w nich pozabierali klamki, aby nikt o to się nie pokusił.
Podbiegłam do łóżka i otworzyłam szafkę nocną, w której zwykle Chester
trzymał swoje rzeczy. Okazała się pusta, nie licząc parę papierków po
gumach. Z narastającą gulą w gardle stwierdziłam, że nigdzie nie było
jego rzeczy ani ubrań. On nie mógł pójść do łazienki, przy okazji
zabierając wszystkie swoje manatki. Wyjrzałam przez otwarte okno. Czy on
wyskoczył przez nie? Nie było tu nawet, o co się zaczepić, aby
spokojnie zejść, i do tego znajdowaliśmy się dwadzieścia metrów nad
ziemią.
Zaalarmowałam szybko
pielęgniarki o nieobecności chłopaka. Nie miałam pojęcia, jakim cudem
oni mogli przegapić ucieczkę Mendesa. To było nie do pomyślenia. Jakim,
do cholery, cudem nie zobaczyli uciekającego nastolatka?
Później wszystko działo się szybko niczym w przyśpieszonym tempie.
Do szpitala przyjechali
jego rodzice. Państwo Mendes byli tak samo zdruzgotani, jak ja. Byłam
bezradna, że w żaden sposób nie mogę pomóc odnaleźć Chestera.
Zrezygnowana usiadłam na
krześle stojącym na korytarzu tuż obok sali sto osiemnaście. Teraz
kręciło się tutaj mnóstwo osób. Przyjechała nawet policja zaalarmowana
przez szpital o ucieczce chłopaka. Łzy cisnęły mi się do oczu. Wciąż
kurczowo trzymałam torebkę ze słodyczami. To miała być spokojna sobota.
Czemu wszystko zaczęło się komplikować?
Rozpłakałam się na dobre.
Rozpłakałam się na dobre.
Najbardziej bolała mnie myśl, że nic mi nie powiedział. Przecież byliśmy przyjaciółmi, prawda?
— Jeff, ja naprawdę nie jestem w humorze na spotkanie — westchnęłam, słysząc jak Jeffrey nalega na wypad do knajpy na kolację.
— Bardzo proszę, Riley!
Rozerwiesz się trochę. Obiecuję, że nie będę z ciebie się śmiał. — Przez
telefon doskonale słyszałam jego błagalny ton. Chyba mu naprawdę zależy
na spotkaniu.
— Przyjedź za dwadzieścia minut. — Podniosłam jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu.
— Oczywiście, lady
Paige. Sir Traynor przyjedzie swoją karocą punktualnie o ósmej wieczorem
na Fairfield Street. — Rozłączyłam się z uśmiechem na ustach.
Jeff umiał rozbawić
nawet największego smutasa. Dotychczas tylko pisaliśmy przez telefon,
ale dzisiaj chłopak zaproponował spędzenie razem paru godzin. W tygodniu
na spotkania nie mieliśmy bardzo czasu. Ja chodziłam do szkoły oraz do
pracy, a on wypełniał tajemnicze „obowiązki" w gangu, jak to ujął.
Od razu bym się chętnie
zgodziła, gdyby nie dzisiejszy incydent Chestera. Dręczył mnie ciągle
niepokój o przyjaciela i przez niego nie mogłam na niczym się skupić.
Nawet na zrobieniu prezentacji na marketing. Miałam nadzieję, że w
obecności Jeffreya zapomnę o Mendesie.
Odświeżyłam się w
łazience, próbując skupić się na czymś innym niż na Chesterze. Związałam
swoje jasne włosy w kucyk, który później, po krótkim namyśle,
przekształciłam w kok. Twarz zostawiłam taką, jaka jest, po czym
ruszyłam do pokoju. Wybieranie ubioru jest najgorszą częścią
przygotowań.
Wbiłam nieobecny wzrok w
szarą bluzę i westchnęłam znużona. Zamknęłam oczy, po czym zaczęłam
grzebać na oślep w szafie w poszukiwaniu idealnych ubrań na spotkanie.
Najpierw wyłowiłam czarną koszulkę, a następnie spodnie takiego samego
koloru.
Wystukałam na telefonie numer Catrine.
— Jak myślisz czarne ciuchy są dobre na spotkanie ze znajomym? — zadałam pytanie, nie czekając na przywitanie.
— No tak nie za bardzo. Słyszałam, że czarny wyszczupla. — Zachichotała.
— To są idealne dla mnie — mruknęłam pod nosem.
— Z kim się umówiłaś? Czuję się zazdrosna. — W jej głosie zabrzmiało oskarżenie, choć doskonale wiedziałam, że żartowała.
— Ze znajomym... — odpowiedziałam lakonicznie, wciągając na nogi dżinsy.
— Powiedzpowiedzpowiedz... — wywróciłam oczami na dziecinne prośby przyjaciółki.
— Jeffrey Traynor.
— Nie kojarzę, kto to?
— To ten trzeźwy kolega chłopaka, który cię podrywał na imprezie u Zoey.
Do moich uszu doszło głośne: „Uuuuuuu!" w wykonaniu Cat.
— Przestań. — Roześmiałam się głośno.
— Chcę go koniecznie poznać.
A pod słowem „poznać" kryło się przefiltrowanie całego życia chłopaka od samych narodzin.
— Postaram się. — Oparłam komórkę o ramię, zapinając guzik u spodni.
— Trzymam cię za słowo. — Czułam przez telefon jak jej twarz rozświetla uśmiech.
Szybko się z nią pożegnałam. Założyłam w ekspresowym tempie bluzkę. Rzuciłam okiem na zegar i aż się zachłysnęłam powietrzem.
Za trzy minuty ósma!
Porwałam z wieszaka
czarną bluzę, po czym zbiegłam po schodach na hol. Wciągnęłam na stopy
trampki, które kolorem idealnie pasowały do mojego stroju.
Teraz, będąc ubrana
całkowicie na jeden odcień, zrozumiałam czemu bliźniacy ciągle chodzą na
czarno. Czułam się niezwykle pewna siebie. Mogłam wręcz podbijać świat.
Obejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam dobrze.
Nie musiałam informować Sarę, o tym, że wychodzę. I tak ją to nie obchodzi.
Na moje usta wpłynął
szeroki uśmiech, kiedy, wychodząc z domu ujrzałam lśniący, śnieżnobiały
Lexus stojący na ulicy przed budynkiem. Wpakowałam się na przednie
siedzenie, posyłając kierowcy nieśmiały uśmieszek.
— Cześć — powiedział rozbrajającym tonem, od którego zmiękły mi nogi. Gdybym stała, z hukiem wylądowałabym na ziemi.
— Witaj, sir Traynorze — przywitałam się, parodiując chłopaka. — Dziękuję za punktualne przybycie swoją karocą.
— Do usług, lady Paige — ruszył autem przez Fairfield Street. — Karoca wręcz lśni swoim blaskiem, czyż nie?
— Oj, nie chwal się swoim samochodem. — Pokazałam mu język i przy okazji zapięłam pasy.
— Nie podoba ci się?
— Uwielbiam Lexusy, a szczególnie białe. — Patrzyłam jak jedną ręką przerzucał biegi, a drugą trzymał na kierownicy.
Miał na głowie założoną
czerwono-szarą czapkę z daszkiem, która po części ogarniała jego
niesforne kosmyki. Wąska, szara koszulka była idealnie wyprofilowana na
jego smukły tors. Na nogach zauważyłam czarne spodnie. Wyglądał bardzo
dobrze.
— Ja wiem, że wyglądam
bajecznie, ale nie musisz mnie pożerać wzrokiem — rzucił z cwanym
uśmieszkiem, a ja odwróciłam głowę, czerwieniąc się na policzkach.
— Nie zachowuj się jak narcyz — skomentowałam jego aroganckie zachowanie.
Roześmiał się szczerym śmiechem.
— Postaram się, lady Paige.
— Dokąd jedziemy? — wyglądałam przez szybę, obserwując okolicę.
Wjeżdżaliśmy właśnie na autostradę Roosevelt Blvd, kierując się na południe ku centrum.
Słońce wręcz wisiało nad horyzontem, oświetlając krajobraz złożony z wysokich drapaczy chmur, zwykłych budynków oraz samochodów pędzących autostradą.
Słońce wręcz wisiało nad horyzontem, oświetlając krajobraz złożony z wysokich drapaczy chmur, zwykłych budynków oraz samochodów pędzących autostradą.
— Lubisz nachos lub taco? — Błysnął zębami w uśmiechu.
— Taco! — zawołałam z entuzjazmem.
Chłopak udał, że starł pot z czuła i odetchnął z ulgą.
— Moja intuicja znów mnie nie myliła — wyznał z niezwykłą pewnością siebie.
Przy Jeffie czułam się
strasznie szczęśliwa. Jego obecność tak na mnie działała. Powoli
zapominałam o feralnym popołudniu. Właśnie tego chciałam, choć na
początku nie zgadzałam się na spotkanie. Byłam naprawdę wdzięczna
chłopakowi.
Po blisko dwudziestu
minutach jazdy samochodem zjechaliśmy na parking przed knajpę o nazwie
„Niebieski Kaktus". Wybuchnęłam śmiechem na widok szyldu.
— Kto to tak nazwał?
— Mój przyjaciel. — Rzucił mi rozbawione spojrzenie, po czym zmierzył mnie wzrokiem -
Ubrałaś się idealnie pod względem kolorystycznym, jak i estetycznym.
— Nie mam pojęcia co mam odpowiedzieć na taki wyszukany komplement, sir Jeffreyu.
— Po prostu podziękuj, lady Riley — poprowadził mnie do wejścia i niczym prawdziwy dżentelmen, otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do środka.
Weszłam do środka.
Wnętrze było utrzymywane
w pomarańczowo-niebieskich kolorach. Boksy ze stolikami biegły wzdłuż
jaskrawych ścian. Było tu mnóstwo ozdób oraz wzorów związanych z
Meksykiem. Metrowe figury kaktusów, wiszące sombrero i poncho na
ścianach. Na drugim końcu lokalu mieścił się bar.
Zajęliśmy z Jeffreyem
jeden ze stolików. Usiadłam naprzeciwko niego. Bawił się właśnie figurką
kaktusa, kiedy podeszła do nas kelnerka. Ubrana w nienaganny uniform
wyglądała całkiem ładnie. Miałam wrażenie, że była w podobnym wieku co
ja.
— Witamy w „Niebieskim Kaktusie". Co podać? — Zmierzyła mnie obojętnym spojrzeniem zielonych oczu.
— Dla mnie taco, churros z sosem oraz lemoniada.
— A dla pana? — Kelnerka zwróciła wzrok ku mojemu towarzyszowi, gdy nagle zaskoczona zawołała. — Jeffie! Co cię do nas sprowadza?
— Wpadłem w odwiedziny.
Długo mnie tu nie było. — Uśmiechnął się do niej, a ja stłumiłam w sobie
nieprzyjemne uczucie. — Riley, poznaj moją koleżankę, Cheryl Montgomery.
Cheryl to Riley Paige.
Skinęłam głową w stronę
kelnerki po nieumiejętnym przedstawieniu nas przez Jeffa. Dziewczyna
rzuciła mi tylko nikły uśmiech, a ja żałowałam, że nie nałożyłam
makijażu, bo czułam się przy niej jak brzydkie kaczątko.
Po złożeniu zamówienia
przez Traynora obserwowałam jak Cheryl wraca do kuchni, kręcąc biodrami.
Nie podobała mi się. Byłam zdania, że co rude to wredne i chyba znów
znalazłam potwierdzenie tej tezy. Najgorsze było to, że Cheryl była
ładna. Rude włosy, które połyskiwały miedzianym blaskiem wyglądały
naturalne. Uniform podkreślał idealną figurę zaokrągloną tam gdzie
trzeba. Ale i tak jej nie lubiłam. Wydawała się wredna.
Niespodziewanie moje
myśli powędrowały w kierunku Chestera. Gdzie on teraz jest? Co on w tym
momencie robi? Może został porwany? Albo co gorsza, zamordowany?
— Co ty taka zamyślona? — Do moich uszu dotarł niski głos mojego towarzysza.
— Och, tak tylko... — Poprawiłam się na kanapie.
— Coś się stało? — Zmarszczył brwi, a ja popatrzyłam mu się prosto w oczy i wiedziałam, że nie mogę skłamać.
Potarłam twarz dłońmi.
— Mój przyjaciel zwiał dzisiaj ze szpitala.
— Chester? — Pokiwałam głową w odpowiedzi — Czemu?
— Nie mam pojęcia.
Strasznie się o niego martwię. Nie ma go u żadnego ze znajomych. Jego
rodzice też nie wiedzą dokąd mógłby uciec.
— Nie martw się. Policja go odnajdzie — posłał mi pokrzepiające spojrzenie.
Reszta wieczoru
przebiegła w normalnej, radosnej atmosferze. Chłopak sypał żartami jak z
rękawa, a ja nie mogłam opanować chichotu. Kiedy Cheryl przyniosła
nasze zamówione jedzenie, Jeffrey opowiadał historię z dzieciństwa, a ja
prawie płakałam ze śmiechu. Nie przejęłam się nawet tym chłodnym
spojrzeniem kelnerki posłanym w moją stronę.
Było już grubo po dziewiątej, gdy poczułam jak telefon wibruje mi w kieszeni. Wyciągnęłam go i spojrzałam na wyświetlacz. Caleb.
— Słucham?
— Gdzie jesteś? — Zamrugałam zdziwiona na pytanie Shelby'ego.
— Hmm... Z kolegą w knajpie. Czemu się pytasz?
— Niech ten kolega ciebie pilnuje.
— Czemu? O co chodzi, Caleb? — Jeff momentalnie się spiął na dźwięk imienia jednego z braci.
— Ktoś zabił Dantego.
Czułam jak krew odpływa
mi z twarzy, a z ust uformowała mi się litera „o". Traynor widząc moją
reakcję, przesunął się bliżej mnie.
— Co? Jak? Przecież on był niezniszczalny.
Nie mogłam uwierzyć, że
to prawda. W filmach bossowie mafii zawsze byli nie do zdarcia.
Emanowali siłą, arogancją oraz bogactwem. Byli tymi najlepszymi. Nie
rozstawali się z ochroną. Z opowieści bliźniaków, Dante wydawał się taki
sam. Jeśli został zamordowany, to kto przejmie władzę nad mafią?
— Ktoś znalazł ich słaby punkt. — Byłam pewna, że na twarzy Caleba wykwitł właśnie grymas.
— Zaraz, zaraz... Czemu mi to mówisz?
— Zaraz, zaraz... Czemu mi to mówisz?
— Ja z Calvinem myślimy,
że ktoś będzie polował także na Harrisona. Doskonale wiesz, że twój
ojciec jest kimś ważnym. A ty jesteś jego córką. Boimy się, że ktoś może
się tobą posłużyć w złych zamiarach.
— Przecież prawie nikt mnie nie zna! — zawołałam z rosnącym przerażeniem.
— Uwierz mi, teraz każdy cię kojarzy. — Jego słowa zabrzmiały złowrogo, aż dostałam gęsiej skórki.
— Gdzie jesteście? Zaraz do was przyjadę.
— Nie ma mowy, że do nas przyjedziesz. To zbyt niebezpieczne.
Caleb z początku nie
chciał powiedzieć adresu, ale kiedy go lekko przycisnęłam, podkreślając,
że jestem córką TEGO Harrisona, z wielkim trudem podał mi nazwę ulicy.
— Co się dzieje, Riley? — Jeff był równie jak ja zaniepokojony.
— Dante nie żyje. — W jego oczach zabłysło autentyczne przerażenie. — Podwieziesz mnie do centrum?